Laos

Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Laos jest przedziwnym krajem. Miałem wrażenie, że potrzebuje przewietrzenia, że jest taki zastały i że nic się tu nie zmieniło, nie zmienia i niestety wygląda, że szybko nie zmieni.

Autobus z Kambodży do Laosu

Autobus ze stolicy Kambodży – Phnom Penh do Laosu jedzie około 12h. Jast to akurat wystarczająco dużo czasu, żeby oszaleć od kambodżańskiej muzyki bądź filmów puszczanych w kółko – 5 piosenek, film, 5 tych samych piosenek, ten sam film… I tak bez końca. Jedyna różnica to głośność – z każdym kolejnym cyklem jest coraz głośniej – kierowcy traktują to jako antidotum na zmęczenie i wierzą, że muzyka rozbudza, a głośna muzyka rozbudza bardziej niż cicha. W sumie logiczny wniosek, ale niestety oparty na fałszywym założeniu. W każdym razie każdy kto miał chociaż raz okazję jechać autobusem w Kambodży, Laosie czy Indonezji, na pewno przechodził przez autobusową terapię muzyczną.

Do muzyki trzeba dodać porządne trzęsiawki, gdyż tylko na niektórych odcinkach trasy jest asfalt. Ogólnie mówiąc jedzie się jak jakąś polną drogą, co najwyżej żwirówką i totalnie nie wygląda to na trasę międzynarodową. Gdzieniegdzie widziałem jakieś roboty drogowe i jakiś chłopak mi opowiadał, że to Chińczycy inwestują w drogę, bo chcą przyspieszyć transport drewna z Kambodży do siebie. Taki mały chiński kolonializm lokalny.

Granica między Kambodżą i Laosem

Granica między Kambodżą a Laosem przy Don Det © Szymon Piątek

Granica między Kambodżą a Laosem przy Don Det © Szymon Piątek

Granica Kambodży z Laosem nie migła być bardziej badziewna niż w rzeczywistości jest. To jest przejście absolutnie symboliczne. Z filozoficznego punktu widzenia, jest to nie-granica, gdyż ona nic nie oddziela. No bo jak można oddzielić nic od niczego? Nie odnoszę się tu do krajów, bo oczywiście zarówno Kambodża i Laos politycznie jak najbardziej istnieją. Chodzi mi raczej o takie ludzkie pojęcie, że granica to oddzielenie czegoś od czegoś – w tym przypadku, patrząc z okien autobusu granica oddziela nic od niczego.

Staliśmy na granicy dobą godzinę mimo że nie było przed nami ani za nami ani jednego autobusu ani samochodu. Stały jakieś mizerne niby-stragany, plątały się jakieś dzieci, przechodziły swobodnie raz na jedną raz na drugą stronę granicy i nikt nic sobie z tego nie robił.

Szlaban był do połowy zamknięty albo połowicznie otwarty – idelanie oddając nie-powagę sytuacji. A do tego kilka metrów za szlabanem była usypana na środku drogi góra piachu.

Strażnicy graniczni mieli jakieś budki, do których nasz opiekun (każdy autobus jadąc z Kambodży do Laosu musi mieć oprócz kierowcy takiego opiekuna) zebrał paszporty wszystkich pasażerów oraz twarzowe – $50 na głowę od ludzi z zachodu, $10 od Azjatów i jakieś symboliczne grosze od Kambożańczyków. Ludzie z Laosu nic nie płacili. W sumie było tego jakieś 20 sztuk, bo autobus nie był pełny.

Po godzinie dostaliśmy paszporty z wizami, które wyglądały jak naklejka z wypisanymi naszymi danymi osobowymi. Ręcznie.

Biznes transportowo-gastronomiczny-seksualny

Przydrożne domostwa w Laosie - to tutaj stragarz proponuje kurczaka, bilet na łódkę do Don Det oraz... swoją 10-letnią córkę. © Papierowa Tratwa |Szymon Piątek

Przydrożne domostwa w Laosie – to tutaj stragarz proponuje kurczaka, bilet na łódkę do Don Det oraz… swoją 10-letnią córkę. © Papierowa Tratwa |Szymon Piątek

Po przekroczeniu granicy autobus zatrzymał się po około 10km w szczerym polu i opiekun kazał wszystkim którzy kupili bilety do Don Det wysiadać. Powiedział, że autobus jedzie dalej, a stąd odbierze nas jakiś facet jakimś samochodem i podwiezie do porciku a o informację mamy pytać jakiegoś straganiarza, który był rozstawiony kilkadziesiąt metrów dalej.

Było nas w sumie z 10 osób. Podeszliśy do straganiarza, który sprzedawał smażone kurczaki i dość widocznie sugerował, że możemy również kuipić na jakiś czas jego córkę. Biedactwo miało z 10 lat. Klasyczne patolstwo. Ciężak sprawa z tym jest w Azji. Różnice kulturowe, bieda etc. Do tego na pewno wielu oblesiów czy innych pedofilów z Europy czy US z tego korzysta. Kilka dziewczyn z autobusu się dość mocno oburzyło, ale straganiarz-ojciec się tym zbytnio nie przejął i spokojnie dalej reklamował co jego córka potrafi robić ustami i takie tam inne.

Za jakieś 15 minut podjechał jakiś młody chłopaczek minibusem i zaczął pakowac nasze plecaki na dach. Straganias oczywiście śpiewał inną cenę każdemu. Od dziewczyn chciał więcej, od facetów mniej, niektórym proponował tranzakcję wiązaną – darmowy przejazd jak się wynajmie jego córkę etc. Taki trasportowo-gastronomiczno-seks biznes. Pewnio wszystko zostaje w rodzinie.

Koleś z minibusa dowiózł nas do wioski na brzegu mekongu, zatrzymał się pod sklepem i wytłumaczył, że to jedyne i ostatnie miejsce, żeyb wymienić alutę, bo na Don Det jest to już niemożliwe. Oczywiście jak się słyszy w Azji słowo ‚jedyne’, ‚ostatnie’ i ‚niemożliwe’ to oznaza to nic innego niż kłamstwo. Kilka osób dąło się nabrać, ale większość wiedziała, o co chodzi. Zresztą przelicznik walut był tak bezczelny, że już lepiej by było gdyby nas z nożem chciał obrabować zamiast tak bezczelnie ściemniać.

Zachód słońca nad Mekongiem. Widok z łódki płynącej do Don Det w Laosie © Papierowa Tratwa |Szymon Piątek

Zachód słońca nad Mekongiem. Widok z łódki płynącej do Don Det w Laosie © Papierowa Tratwa |Szymon Piątek

W końcu wsiedliśmy do łódek na Don Det. Słońce akurat zachodziło, gdy wyruszyliśmy w kieunku wyspy. Widoki były kosmiczne, a wąska łódka bujała się niemiłosiernie. To byłw rzeczywistości taki kajak z silnikiem i dachem. Ogromne przyspieszenie i zero stabilności. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, że przy takich widokach to nawet nie byłoby szkoda się wywalić i umrzeć w Mekongu.

W każdym razie prawie tak jak zawsze w takich przypadkach nic się nie stało. Kierowca łódki, czy kapitan okazał się bardzo sprawnym człowiekiem i na serio szybko dopłynęliśmy do Don Det.

Don Det

Don Det, Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Don Det, Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Po przycumowaniu klasycznie obskoczyła nas banda włąścicieli hosteli i pokoi, więc trochę zajęło nam odpędzenie się od nich. W 4 osoby – jakiś Francuz, Niemka i Kanadyjka poszliśmy do domków, ktróe oni mieli już obczajone i wynajęliśmy sobie każde po domku. Ceny były druzgocąco… niskie. Aż nie mogłem uwierzyć. Myślałem że Don Det to relatywnie turystyczny punkt i oczekiwałem zdzierstwa. Koleś okazał się w porządku i wynajął nam na serio za bardzo dobrą kasę.

Wieczorem zrobiliśmy jakieś piwo i przespacerowaliśmy się po głównej ulicy. Było tam kilka barów, kilka ‚sklepów z błotem z a pare złote’ i jakieś lepsze hotele. Ogólnie wszyscy dookoła palili trawę i zapijali piwem. W barach prawie same dzieci kwiatów, najarani dreadziarze, kilka dzieciaków na rocznych wakacjach i klasycznie podstarzali hipisi, którzy przyjechali tu 20-30 lat temu i tak im się zostało, bo tu tania trawa i teraz mają rozwiązanie na wszystkie problemy świata, tylko nikt ich nie chce słuchać. Taki normalny miks w takich miejscach.

Don Khon, Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Don Khon, Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Następnego dnia rano wypożyczyliśmy we czwórkę rowery i zjechaliśmy cały Don Det dookoła. Zahaczylismy też o Don Khon. Oczywiście na moście między wyspami trzeba było zapłacić turystyczne twarzowe – podatek od koloru. Tym razem poborcą była 12-letnia dziewczynka, która twardo zastawiła nam drogę i wyciągała ręke po pieniądze. Nawet nie powiedziała słowa. Kasa i tyle. Dzieci są najgorsze w takich sytuacjach – nie mają żadnych skrupułów.

Chcieliśmy się trochę  potargować z nią, ale za chwilę pojawił się starszy brat, który dość wyraźnie potwierdził po angielsku że albo płacimy albo Fuck Off. Zapłaciliśmy i pojechaliśy na Don Khon.

Don Det, Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Don Det, Laos © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Obie wyspy są bardzo rolnicze. Wszędzie pasą się krowy i uprawiają ryż. Gdzieniegdzie głównie nad wodą powstają takie niby osiedla, w któych mieszkają Europejczycy bądź Amerykanie. Pogadałem z kilkom osobami i to jest ten charakterystyczny typ osobowości – świat jest zły, nikt mnie nie rozumie, pracowałem przez 30 lat w korpo, teraz przejrzałem na oczy i wyprowadziłem się na Don Det. I tu jest pięknie!

Nocny autobus z Pakse do Wientian

Zawsze gratulowałem takim ludziom odwagi, ale też głupoty. Mi się już  na Don Det nudziło po niecałym dniu, a oni mieszkali tu latami. W kazdym razie postanowaiłem spadać jeszcze tego samego wieczora i dostać się do Pakse na nocny autobus do Wientian – stolicy Laosu. Jakiś lokales jechał samochodem do Pakse, więc za małą opłatą zaproponował, że mnie podrzuci.

Nocny autobus z Pakse do Wientian © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Nocny autobus z Pakse do Wientian © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

W Pakse złapałem nocny autobus i były ostre problemy z biletem. Kupiłem go w jakiejś agencji na Don Det i przez długi czas wyglądało mi na to, że koleś z agencji wziął kasę, ale nie zarezerwował biletu, bo laska w Pakse patrzyła na mój kwitek i z jej wyrazu twarzy odczytywałem same negatywne sygnały. Trwało to dobre 30 miut podczas których wykonała kilka telefonów, rozmawiał z kilkoma innymi osobami, jadła ryż i sprawdzała fejsa. W końcu okazało się, że wszystko jest ok i wydała mi bilet. Wgramoliłem się do autobusu i zająłem swoje łóżko.

Nocny autobus z Pakse do Wientian © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Nocny autobus z Pakse do Wientian © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Nigdy wcześniej nie podróżowałem w autobusie z łóżkami i jest to ciekawe przeżycie. Obok mnie położył się jakiś lokales i na serio ledwie się mieściliśmy. Na domiar złego jak nad ranem dojechaliśmy do Wientian, to się okazało, że ktoś po drodze zakosił moje klapki. Myślę, że nie było w tym złej woli – raczej w nocy wszysktie klapki na podłodze wyglądały tak samo i ktoś po prostu wziął przez pomyłkę. Popełniłem zatem taką samą pomyłkę w stolicy – wyszedłem z autobusu w czyichś klapkach. Uznałem, że skoro weszło do autobusu 20 osób, to było w nim 40 klapków. Z autobusu również wyszło 20 osób i 40 klapków. Liczby sie zgadzały. Sukces. Klapki niekoniecznie pasowały do osób, ale kto by zwracał uwagę na takie szczegóły w Laosie.

Wientian – stolica Laosu

Kiedyś mi ktoś powiedział, że jak się ma bardzo mało czasu i się jest w stolicy kraju, to warto pójść do Muzeum Narodowego, bo tam można się bardzo dużo dowiedzieć o tym kraju.

Na Wientien miałem 12h, bo na wieczór kupiłem bilet na kolejny nocny autobus – tym razem do Luang Prabang. Swoje pierwsze kroki skierowałem więc do Muzeum Narodowego.

Nie sądzę, żeby wielu turystów tu zaglądało. Portier i sprzedawczyni biletów byli szczerze zaskoczeni, że chcę kupić bilet. Laska zdawał się pytać oczmi, czy oby nie pomyliłem adresów.

Miałem całe muzeum tylko dla siebie. Nigdy nie widziałem bardziej zideologizowanego muzeum narodowego niż to w Wientian. Historia tego kraju jest równoznaczna z historią komunistycznej partii Laosu. Wszędzie są plany 4- i 5- letnie, dowody walki z wrogiem klasowym, pomoc bratnich narodów, pomoc bratnim narodom, kobiety w służbie, rola kobiet na roli etc. Totalny komunistyczny spin – taki z lat 60-tych poprzedniego stulecia.

Muzeum Narodowe w Wientian (Laos)© Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Muzeum Narodowe w Wientian (Laos)© Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Najlepsze było na końcu. Gdy wróciłem do recepcji po przejściu całego muzeum (miałem do zabicia 12h więc nic mi nie szkodziło zapozać się z historią partii komunistycznej Laosu) dorwał mnie fotograf. To był oficjalny fotograf muzeum. Faceto poprosił mnie, żebym przypozował jak oglądam wystawę i on mi zrobi kilka zdjęć. Komunikacja była średnia, bo jego angielski był minimalny, ale skapowałem, że to pójdzie do jakiejś gazetki ścinnej albo normalnej drukowanej, że ludzie z zachodu oglądają ich muzeum.

Myślę, że byłem takim ewenementem, że przeszedłem całe muzeum, że ci ludzie myśleli, że jestem albo szpiegiem, albo jakimś totalnym fascynatem, więc warto mnie sfotografować. Nie wiem – może dziś w tym muzeum wisi gdzieś moje zdjęcie, jak oglądam z zamyśleniem projekcje realizacji planu 8-letniego i wczytuję się z troską w historię niedoli tego narodu. Może jak tu kiedyś wrócę, to znajdę sam siebie jako część tej ekspozycji.

Odchodząc poprosiłem fotografa, żeby zrobił mi zdjęcie w muzeum, co z radością uczynił. W taki sposób powstało pierwsze z dwóch zdjęć jakie zrobiłem w Wientian – Szymon Między Flagami. Drugie zdjęcie powstało natomiast kompletnie przypadkowo i przedstawia… maszynę do reperowania asfaltu.

Maszyna do reperacji asfaltu w Wientian (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Maszyna do reperacji asfaltu w Wientian (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Oprócz zwiedzania Muzeum Narodowego zrobiłem sobie jeszcze w Wientian przydługi spacer po centrum. Wszedłem do kilku księgarni łudząc się, że może mają jakieś książki o historii Laosu. W Kambodży mają First They Killed My Father czy Brother Number ONE. W Wietnamie mają The Sorrow of War. W Laosie nie mają żadnej. W każdym razie nie umało mi się kupić żadnej, mimo że pytałem w 3 księgarniach.

Według mnie brak jakiejskowiek książki, która opisywałaby współczesne losy tego kraju, bardzo wybitnie świadczy o Laosie, że jest to kraj który jak to mawiają brytyjscy dyplomaci, ma przed sobą jeszcze długą drogę. I tu opuśćmy kurtynę milczenia.

Z Wientian kolejnym nocnym autobusem pojechałem na północ do Luang Prabang, gdzie planowałem przepracować cały weekend i w końcu odpocząć. Podróż zniosłem znacznie gorzej niż tą z Pakse do stolicy. Tym razem droga była bardzo kręta, bylo dużo gór i wzniesień i do tego kierowca wydawał się dużo bardziej nerwowy.

Luang Prabang

Francuska knajpka w Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Francuska knajpka w Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Luang Prabang to zdecydowanie najprzyjemniejsza część Laosu. Można powiedzić, że jest tu nawet jakaś architektura. Zalążki, ale zwsze coś. Oprócz tego jest tu co oglądać i ogólnie to bardzo przyjemne miejsce. Ma też w sobie taki francuski feel. Można wyodrębnić w nim coś takiego jak stare miasto i spacer wieczorem po wąskich uliczkach jest bardzo przyjemny. Jest tu bardzo dużo stylizowanych na francuskie kanjpek i restauracji, masa lokali dla fanów zdrowej żywności, detoksów czy innych takich wynalazków. Pierwszy raz w Laosie zjadłem tu świetny i ciekawy posiłek, który nie  zawierał w sobie ryżu.

Niesamowity żyrandol w jednej z knajpek w Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Niesamowity żyrandol w jednej z knajpek w Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Przez cały weekend pracowałem i na serio stresowałem się, żeby się udało przepracować bez grubszych wpadek. Problemem był prąd. Oni bardzo często i nieregularnie wyłączali prąd w całym mieście w nocy. Bałem się, że jak wyłączą to mnie wywali z pracy na kilka godzin i kaplica. Do tego już prawie rozwaliła mi się totalie ładowarka do kompa. Musiałem ją posklejać taśmą i przystawiać krzesłem, żeby dało się pracować. Ostatecznie udało się przepracować pełne 3 dni bez żadnej wpadki. Ani razu nie wyłączyli prądu. Wyłączyli za to w pierwszą noc po mojej skończonej pracy, Miałem dużo szczęścia. Do tego internet wcale nie był taki tragiczny jakiego się spodziewałem. Szczególnie noca jak wszyscy poszli już spać, wszystko mi dość dobrze śmigało.

Po trzech dniach i nocach spędzonych w pracy, zacząłem trochę zwiedzać. Dojechali do mnie znajomi, których zostawiłem w Don Det. Pojechaliśmy razem na wodospad Kuang Si Falls, który jest bajkowy. Niestety jak to w Laosie dojazd do wodospadu jest kontrolowany przez lokalnych twardzieli i na każdym kroku starają się zgarniać kasę. Kupiliśmy minibusa do wodospadu, zapłaciliśmy, zapytaliśmy czy w cenie jest absolutnie wszystko wliczone i koleś potwierdził, że jest. Trzy razy potwierdził. Oczywiście kłamał. Po drodze kierowca zatrzymał się gdzieś na jakimś zadupiu, gdize siedziwł jakiś lokalny twardziel i kazał nam płacić twarzowe. Totalnie sie postawiliśmy – to już było bezczelne. nie miał nawet żadnych biletów, papierów etc. To talnie nic. Tylko dawaj kasę i już.

Wodospad Kuang Si przy Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wodospad Kuang Si przy Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Naskoczyliśmy na kierowcę, że umowa była taka, że wszystko jest w cenie, to teraz on musi sam zapłacić. Trochę się bronił, ale w końcu zapłacił. Okazało się, że twardziel od twarzowego miał w nosie kto płacił. Interesowałe go tylko, żeby było zapłacone i już. Kierowca zatem zapłacił, ale jesgo styl jazdy zaraz potem zmienił się tak, że zaczęliśmy się bać o nasze życie. 100km/h po żwirówkach i między wioskami, gidzie po ulicach biegają dzieci, świnie, kury i cokolwiek jeszce, co ma jakieś nogi, to nie była czysta przyjemność.

Wszyscy poskakaliśmy do wody z wodospadu i na serio sam kolor wody robi niesamowite wrażenie. Mógłbym tam zostać cały dzień i tylko patrzeć.

Wioski przy Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wioski przy Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Na kolejne dnie wypożyczyłem motor i jeździłem polnymi drogami po okolicznych wioskach. Chciałem zobzczyć życie w Laosie z dala od głównych dróg. Trafiłem do jakiegoś klasztoru szkolącego młodych mnichów. To był taki pół klasztor i pół szkoła. Ponad 100 młodych mnichów mnie otoczyła i staraliśmy się jakoś rozmawiać. Potem we wiosce obok trafiłem na pogrzeb. Oczywiście mnie zaprosili. Posadzili przy stoliku obok lekarza z Luang Prabang, których pochodził z tej wioski i potem po skończonej szkole został lekarzem w Luang Prabang. Tylko on mówił po angielsku i było widać, że cała wioska była z niego ogromnie dumna. Powiedziałem mu, że mój ojciec też jest lekarzem i tak go to ucieszyło, że proponował mi nawet swój samochód, żebym nie musiał motorem jeździć po bezdrożach.

Wypiłem z nimi ilka lokalnych drinków i życzyłem im miłej zabawy, bo pogrzeb u nich to w przeciwieństwie do Europy, jest radosna okazja.

Wioski przy Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wioski przy Luang Prabang (Laos) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Potem pojechałem na serio daleko od głównej drogi. Widziałem wioski bez prądu i światła, które używają ogromnych wiader do magazynowania wody. Te wiadra w ciągu dnia się nagrzewają i potem wieczorem jak się ochłodzi to lokalesi robią z nich prysznice. Bardzo pomysłowa sprawa. Widziałem wioski, któe wieczorami zbierają się w jednym domu, w którym jest telewizor i wspólnie śpiewają karaoke i piją piwo. Ludzie wszędzie byli bardzo przyjaźni i non stop zapraszali mnie na wspólne śpiewanie i zawsze dawali piwo. Gdybym nie umiał odmawiać, to bym nie dałe rady dojechać do hotelu. Oni czuli wręcz obowiązek, żeby się ze mną napić.

Zwiedzanie Luang Prabang (Laos) rowerem. Pot leje się jak z nieba. © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Zwiedzanie Luang Prabang (Laos) rowerem. Pot leje się jak z nieba. © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Na kilka dni motor zamieniłem na rower, ale to nie był najlepszy pomysł. Po mieści da się rowerem spokojnie jeździć, bo gdzieniegdzie są cienie. Poza miastem jak nie ma cienia, nie da się totalnie jechać. Było tak gorąco, że pot z głowy wpadał mi do ust. A jak się zatrzymałem, to momentalnie oblatywały nie muchu i komary. Koszmar.

 

W ostatnią noc, kiedy już kupiłem sobie bilet na lot do Bangkoku, okazało się, że ktoś okradł Niemkę, która mieszkała w tym samym hotelu. Sprawa wyglądała bardzo profesjonalnie. Klasycznie około 23 wyłączyli prąd poczym w mieście zapanowaa totalna ciemność. Jak gasną światła, to oczy potrzebują kilkudziesięciu sekun żeby się przyzwyczaić i zacząć widzieć cokolwiek.

Lotnisko w Luang Prabang (Laos). Samolot do Bangkoku. © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Lotnisko w Luang Prabang (Laos). Samolot do Bangkoku. © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Niemka siedziała z piwem na schodach przed hotelem. Zgasło światło. Zanim się jej oczy przyzwyczaiły do ciemności, zginał jej plecak, który miała przy nogach. Nikogo nie widziała, niczego nie słyszała. Magia. Wraz z plecakiem zginęły telefon, karty kredytowe, pieniądze, dokumenty etc. Został jej tylko paszport.

Historia zakończyła się tak, że kupiłem jej bilet na ten swój lot do Bangkoku i pożyczyłem kilkset dolków na czas kiedy załatwiała swoje papiery, karty i inne skradziene rzeczy przez ambasadę w Bangkoku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *