Indonezja

Polonia International Airport, Medan, Indonezja

Polonia International Airport, Medan, Indonezja

Do Indonezji przylecieliśmy z Agą z Singapuru 20 maja 2013 roku. Lecieliśmy liniami Mandala i wylądowaliśmy po dość średnim locie na Polonia Airport w Medan.

Nazwa tego lotniska ma bardzo ciekawe pochodzenie, a do tego okazało się, że byliśmy jednymi z ostatnich pasażerów na tym lotnisku. Dwa miesiące później lotnisko zostało zamknięte i wszystkie operacje lotnicze zostały przeniesione do nowego portu lotniczego.

Medan nie jest ciekawe

Zostanie w Medan na noc okazało się błędną decyzją. Najpierw daliśmy się nabrać taksówkarzowi i pojechaliśmy z nim z lotniska do hotelu za horrendalną kwotę. Potem całe popołudnie spędziliśmy na oglądaniu miasta, które nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, a nawet zrobiło dość negatywne.

Spacer po Medan, Sumatra, Indonezja

Spacer po Medan, Sumatra, Indonezja

W pewnym momencie podczas spaceru po mieście lokalesi krzyczeli na Agę, że wygląda jak prostytutka i musieliśmy się dość szybko zmyć do hotelu. Dla jasności Aga była odpowiednio przykryta jak na muzułmański kraj – musieliśmy trafić albo na jakichś radykałów albo po prostu idiotów. W końcu poczuliśmy się tak niepewnie, że na 2 godziny poszliśmy do jakiegoś zachodniego centrum handlowego i oglądaliśmy produkty w indonezyjskim supermarkecie.

Cały wieczór przesiedzieliśmy w pustym hotelu i jedyny pozytyw to były kanapki klubowe (Club Sandwich), które serwowali za barem.

Z samego rana zamówiliśmy taksówkę z hotelu na dworzec autobusowy i tym razem obsługa hotelowa starała się nam wcisnąć taksówkę z góry ustaloną ceną. Musiałem ostro się z nimi kłócić, żeby zamówili normalną na licznik, ale w końcu jakoś się udało. Prawie…

Mieliśmy taksówkę na licznik, ale po dojechaniu na dworzec okazało się, że taksówkarz nie ma reszty. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje. Ewidentna ściema. Zapłaciliśmy około 20 proc więcej niż powinniśmy, bo koleś totalnie się upierał, że nie ma reszty i widział, że my się spieszyliśmy na autobus. Takich taksówkarskich dupków w Indonezji jest masa, Trzeba uważać.

Podróż z Medan do Berestagi

Berastagi o poranku. Sumatra, Indonezja.

Berastagi o poranku. Sumatra, Indonezja.

Wsiedliśmy do autobusu do Berestagi i już na starcie kierowca wystrzelił cenę 3 razy wyższą niż powinien. Poczytałem trochę o Indonezji i wiedziałem, że twarzowe jest razy dwa a nie trzy, więc mu spokojnie tłumacze, że razy dwa jest ok, ale razy trzy to dupa. On mi na to, że razy dwa to za mnie i potem jeszcze raz za plecak. Pokazuje na plecak i mówi, że za duży i zajmuje całe siedzenie i że mam płacić razy trzy. Po krótkiej wymianie zdań zawarliśmy kompromis, że płacimy razy dwa, ale jak mu się wypełni autobus, to bierzemy plecaki na kolanka, żeby on mógł upchać jak najwięcej pasażerów na siedzenia. Ostatecznie przez część podróży jechaliśmy jednak z tym plecakiem na kolanach – koleś miał rację z tym, że zabraknie mu siedzeń.

W Berestagi zostawiliśmy rzeczy w hotelu i zaczęliśmy obczajać jak się dostać następnego dnia do Lake Toba. Taksówkarz chciał pół miliona, a autobus turystyczny 250 tys za osobę. Zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy twardo pojechać transportem publicznym.

Wspinaczka na Sibayak

Wulkan Sibayak, Sumatra, Indonezja

Wulkan Sibayak, Sumatra, Indonezja

Po południu zakupiliśmy po kilka batonów i butelek wody i wyruszyliśmy na wspinaczkę na górę Sibayak (Gunung Sibayak). To miał być łatwy spacerek, ale na własne życzenie sprawiliśmy sobie masę kłopotów przy zejściu i w pewnym momencie po załamaniu się pogody zastanawiałem się nawet, że będziemy musieli przenocować w dżungli, jeżeli nie zdążymy wrócić przed zmrokiem.

Ostatecznie udało nam się jakoś zejść na dół przed nocą i nawet po drodze zahaczyliśmy o kąpiele w źródełkach termalnych (Hot Springs).

Wieczorem w hostelu spotkaliśmy parę Szwajcarów i poszliśmy z nimi na kolację. Oni przed Indonezją byli w Indiach i mieli totalną paranoję jeżeli chodzi o ukrywanie kobiecych kształtów. To taka pozostałość po spędzeniu długiego czasu w Indiach.

Nocą zrobiło się na serio chłodno i postanowiłem wziąć gorący (czyli płatny) prysznic. To było niezłe przeżycie, bo prysznic odbywał się w ogromnej pralni (ze 30m2) i zaraz obok mnie stała butla z gazem, do której była podłączona aparatura do podgrzewania wody. Ta instalacja była na serio bardzo prowizoryczna i bardzo się starałem, żeby jej przypadkiem nie potrącić.

Przejazd z Berestagi do Lake Toba

Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy transportem publicznym do Jeziora Toba. W sumie transport z dwiema przesiadkami zajął prawie 6h, co jest całkiem niezłym czasem biorąc pod uwagę indonezyjskie drogi.

Samosir i Tuk Tuk

Prom z Parapat do Tuk Tuk, Jezioro Toba,Sumatra, Indonezja.

Prom z Parapat do Tuk Tuk, Jezioro Toba,Sumatra, Indonezja.

Na promie na wyspę Samosir jakiś naciągacz starał się niesamowicie przekonać nas, że na całej wyspie jest czynny tylko jeden hotel, który przypadkowo prowodzi nie kto inny, tylko on. Oczywiście zlaliśmy go, ale facet nie poddawał się przez całą podróż.

Tuk Tuk, czyli turystyczna mieścina na wyspie okazało się być bardzo przyjemnym miejscem z niesamowitymi widokami. Byliśmy tam poza sezonem, więc mieliśmy okaję oglądać rzeczy, których pewnie w sezonie tubylcy nie robią. Widzieliśmy zatem jak w jednym momencie, niczym na zawołanie, wszyscy mieszkańcy wyspy zaczęli palić swoje śmieci i nad wyspą powstała delikatna mgiełka z dymu.

Jezioro Toba, Sumatra

Jezioro Toba, Sumatra

Wieczorem do późna siedzieliśmy w barze z jakimiś ludźmi, których poznaliśmy w hotelu. Jeden facet pisał przewodniki a drugi był rezydentem jakiegoś holenderskiego biura podróży sprofilowanego na rodziny z dziećmi, i przyjechał do jeziora Toba na ‚wakacje od Tajlandii’. Opowiadał nam masę historyjek o rodzinach z dziećmi na wakacjach i w jaki sposób zarabia się na nich ogromne pieniądze ciągłym straszeniem przeróżnymi niebezpieczeństwami i sprzedażą usług czy rzeczy które mają ich przed tymi niebezpieczeństwami uchronić. Taki przemysł turystyczny od kuchni.

Pograliśmy też przez chwilę w tenisa stołowego, ale ani rakiety ani piłki i przede wszystkim nasza koordynacja ruchowa raczej o tej porze się do tego nie nadawały.

Następnego dnia rano wróciliśmy promem na stały ląd i stamtąd taksówką prosto na lotnisko w Medan.

W taksówce jechał z nami student z Serbii, który uczył się na jednym z indonezyjskich uniwersytetów na Jawie i który bardzo dobrze mówił po indonezyjsku. Na początku się tym nie chwalił i tylko się przysłuchiwał o czym rozmawiał taksówkarz ze swoją żoną, która siedziała na siedzeniu pasażera. Okazało się, że rozmawiali o muzułmanach, którzy sprowadzają się w ich rejony i że oni jako katolicy nie są z tego zbyt zadowoleni. Serb podkreślił, że zwrot ‚nie są z tego zbyt zadowoleni’ to było dość grzeczne przekazanie słów jakich oni użyli w rzeczywistości.

To jest zawsze fascynujące jak się podsłuchuje kogoś, kto nie ma pojęcia, że inni rozumieją ich język. Często mam tak w Londynie w metrze, że słyszę mimochodem rozmowę Polaków, którzy kompletnie nie zakładają, że w wagonie może być inny Polak i rozumieć o czym mówią. Tu było podobnie. Oni się kompletnie nie spodziewali. Kiedy Serb się w końcu przyznał i zaczął z nimi rozmawiać, na początku widać było, że się trochę zdenerwowali, ale potem jak wyczuli, że my nie mamy zamiaru nic robić z tymi tajemnie zdobytymi informacjami, bardzo byli zadowoleni, że możemy pogadać i już do końca drogi Serb robił za tłumacza.

Bandung

Bandunk, Jawa, Indonezja

Bandunk, Jawa, Indonezja

Późnym popołudniem dojechaliśmy na lotnisko w Medan i złapaliśmy wieczorny samolot do Bandung na Jawie. Podczas lotu siedział koło mnie jakiś facet, który absolutnie ani na moment nie dał mi zmrużyć oka. Zadawał mi po 10 razy te same pytania i kompletnie nie zrażał się, że odpowiadałem za każdym razem to samo. On tego kompletnie nie rejestrował.

Z Bandung nie mam jakichś super wspomnień. Przylecieliśmy bardzo późno wieczorem i w hotelu na Braga Street zameldowaliśmy się po 22. Sprawdziłem internet i był absolutnie na granicy – przy dobrych wiatrach dało się prowadzić rozmowę na Skype, ale podczas wieczornego szczytu (między 20 a północą), kiedy wszyscy siedzą na internecie, wszystko kompletnie siadało. Absolutnie nie dało się pracować.

Cały następny dzień do późnego popołudnia biegaliśmy od hotelu do hotelu i sprawdzaliśmy szybkość intenretu. Ludzie na recepcji byli grubo zaskoczeni. Nie pytaliśmy o pokoje, nie chcieliśmy nawet pokojów oglądać. Interesowała nas tylko szybkość netu. Okazało się, że w cały Bandung nie ma hotelu z odpowiednio szybkim netem do pracy i musiałem w ostatniej chwili kupić internet mobilny, który nie był jakoś super szybki, ale dało sie na nim pracować. O 17.00 połączyłem się do pracy a po 12h o 5 rano zebraliśmy się na stację pociągową i wsiedliśmy do pociągu do Jogjakarty w poszukiwaniu lepszego intenetu do mojej pracy. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to był błąd, za który przyjdzie nam srogo zapłacić.

Jogjakarta

Stacja pociągowa w Jogjakarta, Jawa, Indonezja

Stacja pociągowa w Jogjakarta, Jawa, Indonezja

Pociąg dojechał do Jogjakary kilka minut po 13.00. Momentalnie wskoczyliśmy w taksówkę i pojechaliśmy w stronę hotelu, który upatrzyliśmy dzień wcześniej w intenrecie. Na miejscu okazało się, że było jakieś indonezyjskie święto narodowe i wszystkie hotele były pozajmowane. Dosłownie wszystkie. Jeździliśmy tak od hotelu do hotelu i wszędzie całowaliśmy klamki. Dupa. Wszystkie pokoje zajęte. Około 3 zaczęliśmy się martwić nie o internet, tylko o ty czy będziemy mieć jakiś dach nad głową. O 16.00 dotarliśmy do jakiegoś na serio dużego indonezyjskiego hotelu, w którym były miejsca i działał internet. Okazało się jednak, że hotel był 10 razy droższy niż przewidywał nasz budżet.

Hotel z widokiem w Jogjakarcie, Jawa, Indonezja.

Hotel z widokiem w Jogjakarcie, Jawa, Indonezja.

Nie mieliśmy już wyjścia. Za godzinę miałem rozpocząć pracę. Wzięliśmy pokój na 11 czy 15-tym piętrze, który był 20 metrów od otwartego tarasu widokowego z basenem. Stwierdziliśmy, że skoro mamy wydawać tyle kasy, to przynajmniej sobie w taki sposób odbijemy. Wnieśliśmy torby na górę i po 15 minutach siedzieliśmy na tarasie widokowym, z zimnym piwem w dłoniach. Dostałem od ładnej pani przedłużacz i podłączyłem się pięknie do prądu i nawet net chodził całkiem zgrabnie.

Wszystko było pod kontrolą, aż tu nagle zaczął padać deszcz. Nie zdążyliśmy piwa wypić, a lunęło tak, że uciekając i ratując laptopa wyrwałem gniazdko prądowe ze ściany.

Hotel 1001 Malam, Jogjakarta

Hotel 1001 Malam, Jogjakarta

Wróciliśmy do pokoju i się okazało, że internernet jest mega słaby. Zabrałem swoje klocki zszedłem na dół i całą noc przesiedziałem pracując z kanapy przy recepcji. O 5 rano wróciłem na górę, przespałem sie 3 godziny i pojechaliśmy do dzielnicy turystycznej przy stacji pociągowej. Skończyło się już święto, więc większość hoteli była pusta. Znowu zrobiliśmy rundkę po hotelach i ostatecznie zdecydowaliśmy się na 1001 Malam czyli 1001 Baśni. Przepracowałem kolejną noc od 17 do 5 rano i o 6 pojechaliśmy na wycieczkę do Borobodur. Nie wiem jak ja miałem na to siłę.

Po 4 godzinach w Borobodur, wróciłem do hotelu i zrobiłem swoje ostatnie 4h w pracy przy komputerze do 17. Potem szybko coś zjedliśmy i poszliśmy na stację. Wieczorem około 19 ruszyliśmy pociągiem do Surabaya.

Spanie na lotnisku w Surabaya, Indonezja

Spanie na lotnisku w Surabaya, Indonezja

Do Surabaya dojechaliśmy około 1 nad ranem. Wyszliśmy ze stacji i pojechaliśmy z taksówkarzem palaczem, który kasłał jak gruźlik na lotnisko. Okazało się, że na noc zamykają, więc do 5 rano spaliśmy na zewnątrz z tysiącem innych ludzi, któzy zrobili dokładnie to samo co my – przyszli na lotnisko za wcześnie.

Flores

Lot z Surabaya na Bali trwał około pół godziny. Na Bali na lotnisku byłem już totalnie zmęczony. Prawie cały czas spałem. Potem wsiedliśmy do maleńkiego samolotu Sky Aviation i nagrałem najgorszy filmik ze startu samolotu w życiu. Start z widokiem na koło.

Przy lądowaniu w Labuan Bajo było już dużo lepiej i ciekawiej. Widoki z góry zapierały dech w piersiach. Zapomniałem, że wszystkie małe indonezyjskie linie lotnicze latające na wschód od Bali absolutnie nie spełniają żadnych norm, że mogą latać tylko w dzień, bo przy lądowaniu polegają jedynie na widoczności i jak mocno pada albo jest ciemno to po prostu nie mogą wylądować. Kiedy samolot dotknął kołami ziemi myślałem już tylko o spaniu. Szybko się jednak okazało, że na spanie muszę jeszcze poczekać.

Pojechaliśmy taksówką do centrum miasteczka. Po drodze poznaliśmy młodego Anglika z Surrey, który chciał się z nami zabrać na łódź. Usiedliśmy z nim w knajpie i wypiliśmy po piwie na lunch. Żadne z nas ze zmęczenia nie było głodne. Ustaliliśmy, że zamiast szukać na dziś noclegu i wypływać do Komodo Dragons następnego dnia rano, najlepiej będzie jeżeli już dziś wypłyniemy i przenocujemy na łódce gdzieś w pobliżu wyspy z Komodo. Tak też uczyniliśmy. Znaleźliśmy jakieś kilka biur, które oferowały takie usługi. Pierwsze dwa biura powiedziały nam, że nie ma opcji, żeby płynąć wieczorem bo oni muszą zorganizować jedzenie na 3 dni, załogę etc. W trzecim biurze koleś jak usłyszał nasz plan, wyciągnął telefon, zadzwonił gdzieś, pogadał 30 sekund, odłożył telefon, skiepował fajka, spojrzał na całą naszą trójkę i w końcu powiedział: ‚You got it’.

Deal był taki, że on potrzebował jednak trochę czasu na organizację tego przedsięwzięcia. Umówiliśmy się, że będziemy czekać w knajpie, a on po nas przyjdzie jak zorganizuje łódkę, załogę etc. Wrócił po 2 godzinach i zaprowadził nas do portu.

Rejs po Morzu Flores

Już po drodze do portu zaczęło padać. Powoli robiło się również ciemno. Zobaczyliśmy naszą łódkę i weszliśmy na nią chyba tylko dlatego, że każdy z nas wypił po 2 piwa i byliśmy totalnie zmęczeni. Była to prehistoryczna barka z dachem zrobionym z ceraty, która miała masę dziur uszczelnionych plastikowymi torebkami.

Port w Ende nocą. Flores, Indonezja.

Port w Ende nocą. Flores, Indonezja.

Panowie wzięli nasze plecaki i wypłynęliśmy w rejs po morzu Flores. Po 10 minutach zrobiło się totalnie ciemno. Starałem się nawet robić jakieś zdjęcia, ale nie miało te sensu. Po 15 minutach rozpoczęła się burza. Po 20 rozpoczął się sztorm. Jeden z kolesi siedział za sterem ale nic nie widział. Drugi poszedł na dziób i latarką świecił na wodę przed nami sprawdzając czy nie płyniemy na jakieś skały. Taka zabawa trwała dobrą godzinę i panowie w końcu stwierdzili, że to jest bez sensu. Postanowili zaparkować na jednej z bezludnych wysepek i przeczekać sztorm.

Dopłynęliśmy do jakiejś wysepki i na serio wszyscy byliśmy szczęśliwi czując stały ląd pod nogami. Około północy pogoda się uspokoiła i załoga ugotowała kolację. Zjedliśmy, pogadaliśmy,zapaliliśmy po papierosie i przygotowali nam posłania. Spaliśmy na podłodze pod ceratowym dachem.

Warany Komodo

Waran z Komodo, Wyspa Komodo, Indonezja

Waran z Komodo, Wyspa Komodo, Indonezja

Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy na wyspę Rinca, na któej zobaczyliśmy Komodo Dragnos, świnie, świetne widoki i… Gwyneth Paltrow. Wszystko dokładnie w takiej kolejności. Potem popłynęliśmy na wyspę Komodo, gdzie spotkaliśmy… prezydenta Indonezji i jeszcze więcej waranów.

Po całym dniu z waranami nasza załoga zabrała nas na kolejne nurkowanie. Do późnego wieczora oglądaliśmy mini rafy koralowe i miliony kolorowych rybek jak z akwarium. Nocą znowu zaczęło mocno padać. Tym razem cerata która służyła nam za dach zaczęła się poddawać i zostaliśmy przeniesieni z materacami w inne miejsce, gdzie też przeciekało, ale mniej.

Leżeliśmy we trójkę i patrzyliśmy jak deszcz kapie nam na ręczniki którymi się przykrywaliśmy. Prowadziliśmy też dyskusję, że ogólnie w życiu lepiej jest mieć więcej niż mniej, ale jeżeli chodzi o deszcz, to ewidentnie lepiej jest mieć go mniej.

Samolot linii Sky Aviation, Ende, Flores, Indonezja

Samolot linii Sky Aviation, Ende, Flores, Indonezja

Rano zjedliśmy śniadanie i popłynęliśmy prosto do Labuan Bajo, skąd mieliśmy złapać popołudniowy samolot (Znowu Sky Aviation) do Ende. Gdy dopływaliśmy do portu zacząłem się czuć dziwnie. Niby bolał mnie brzuch, ale nie bolał. Takie beznadziejne uczucie, które wskazuje, że trzeba się szybko położyć i dać organizmowi odpocząć, bo nie wytrzymuje już tempa. Odkąd przyjechaliśmy do Medan, nie mieliśmy ani dnia leniuchowania – wciąż nie dosypialiśmy nocy, spaliśmy w pociągach, na lotniskach, w samolotach, na łodziach pod ceratą i ręcznikiem. Do tego trzy dni jedzenia na łodzi, gdzie flora bakteryjna jest zapewne przebogata i dość inna od naszej europejskiej zapewne też zrobiły swoje.

Wsiedliśmy do samolotu i marzyłem już tylko o łóżku. 40 miut później wylądowaliśmy w Ende i… nasze plany na szybki przejazd do hotelu znowu zepsuł prezydent Indonezji. Facet sobie ewidentnie zrobił tournee po wschodzie kraju i my żeśmy go ścigali.

Ende

Po wylądowaniu wyszliśmy z samolotu na płytę lotniska i momentalnie zaczął padać deszcz. Piloci schowali się pod skrzydłem swojego samolotu i odpalili po papierosie (piszę  to na serio – mówimy tu o wschodniej Indonezji). Pasażerowie schowali się pod skrzydłem innego samolotu. Staliśmy tak i czekaliśmy aż prezydent Indonezji ze swoją świtą odblokują lotnisko i odlecą.

W końcu prezydent wsiadł do swojego samolotu i z hukiem wyleciał. Pobiegliśmy na lotnisko, odebraliśmy torby i wyszliśmy na zewnątrz. Tłum naganiaczy, taksówkarzy i lokalnych cwaniaków zarabiających na turystach rzucił się na nas z siłą wodospadu. A może mi się tylko tak zdawało, bo byłem totalnie zmęczony. W każdym razie nawet nie targowałem się zbytnio i wsiadłem do pierwszej lepszej taksówki. Z lotniska do hotelu było niecałe pół kilometra i w normalnych warunkach byśmy robili to na kamasz, ale teraz i Aga zaczynała mówić, że też ma coś z brzuchem. Wsiedliśmy więc do taksówki i daliśmy się naciągnąć kolejny raz.

W hotelu Ikhlas, który ma na serio dobre opinie na wikitravel i na innych stronach podróżniczych, nikt nie mówił ani słowa po angielsku. Czasem jest tak, że oni nie mówią, ale chociaż trochę rozumieją. W tym przypadku chłopaczek totalnie nic nie kumał ani nic nie mówił. Mój indonezyjski był wtedy jeszcze bardzo mało zaawansowany i dogadanie się szło jak po grudzie. Koleś totalnie nie rozumiał czego my od niego chcemy. Wchodzą ludzie do hotelu z plecakami na plecach i coś do niego mówią. Ciekawe co oni chcą- tak sobie zapewne myślał. Przez 10 minut bezowocnej rozmowy on nie mógł pojąć, że potrzebujemy pokoju. W hotelu potrzebujecie pokoju? To niedorzeczne! – zdawał się mówić jego wyraz twarzy.

W końcu udało się. Dostaliśmy klucz i weszliśmy do pokoju. Rzuciliśmy plecaki w kąt i Aga pierwsza wskoczyła do łazienki pod prysznic. Odkręciła wodę i nic. Wkurzona na maksa, ubrana tylko w ręcznik woła mnie, żebym też spróbował. Sprawdzam – nie ma wody.

Schodząc na dół po schodach w myślach układałem sobie przebieg rozmowy z chłopaczkiem na recepcji. Wiedziałem, że muszę go zabrać na górę i pokazać jaki jest problem, bo tego nie da się przekazać w warunkach totalnego braku komunikacji. Jakimś cudem udało mi sie go odciągnąć od telewizora i zaprowadzić na górę do pokoju.

Chłopak popatrzył na prysznic i pokazał na pokój obok. Dał nam klucz i mówi, że musimy dopłacić jakieś grosze, bo zepsuliśmy plecakami posłanie w pokoju bez wody. Myślałem, że to taki indonezyjski dowcip, ale on na serio chciał kasy. Udaliśmy z Agą, że go nie rozumiemy i poszliśmy do pokoju obok.

W końcu chłopaczek poddał się z tą dopłatą. Wszedł za nami do nowego pokoju i sprawdził czy działa prysznic. Działał.

Aga znowu się rozebrała i poszła pod prysznic. Po 10 sekundach usłyszałem z jej ust wiązankę, która w takich okolicznościach na pewno byłaby zrozumiana w każdym języku świata. Okazało się, że pod ciśnieniem wody wąż wyrwał się ze ściany i teraz woda strzelała ze ściany z boku. Zazwyczaj pod prysznicem woda leci z góry. Tu leciała z boku i nie dało się jej zatrzymać.

Aga się wytarła, kolejny raz ubrała. Spakowaliśmy kolejny raz plecaki, założyliśmy na plecy i wyszliśmy z okoju z silnym postanowieniem znalezienia kolejnego hotelu, w którym chociaż prysznic działa. Przed samym wyjściem nakrył nas chłopaczek z recepcji. Ruszył za nami i z jego wyrazu twarzy wywnioskowałem, że załapał że coś jest znowu nie tak jak trzeba. Zawrócił mnie błagalnym spojrzeniem i poszliśmy znowu na górę. Gdy tylko zobaczył co się święci z prysznicem momentalnie pobiegł na tył budynku i zakręcił zawór. Potem wrócił i nareperował prysznic. Pokazał nam też jak go używać.

Jego wyraz twarzy wskazywał, że chłopak uważał nas za totalnych idiotów, którzy nawet prysznica nie umieją używać. Serio. Miał taką pobłażliwość wymalowaną na twarzy, że aż się śmiesznie zrobiło. Wróciliśmy na górę i podjęliśmy trzecią próbę prysznica. Tym razem się udało. Po specjalnym szkoleniu pt ‚Jak brać prysznic w Ende’ zarówno Aga jak i ja daliśmy radę się umyć. Potem padliśmy na łóżko i obudziliśmy się następnego dnia o 10 rano.

Cały następny dzień postanowiliśmy się byczyć i nie robić totalnie nic. Po południu zanieśliśmy rzeczy do prania i wieczorem je odebraliśmy. Tyle. Oprócz tego siedzieliśmy cały dzień przed hotelem i czytaliśmy książki i grzebaliśmy w necie. Brzuchy zarówno Adze jak i mi wciąż dawały do zrozumienia, że flora bakteryjna nie wróciła do normy. Wieczorem rozpoczęliśmy kurację piwem, która kolejny raz przyniosła oczekiwany rezultat – brzuchy się uspokoiły.

Motorem na Kelimutu

Następnego dnia rano przy śniadaniu poznaliśmy parę Francuzów. Ona nazywała się Lea a on Matieu. To byli bardzo młodzi ludzie, którzy dopiero co skończyli studia (oboje zostali nauczycielami) i z powodu braku pracy wyjechali w podróż. Postanowiliśmy, że będziemy trzymać się razem i że razem pojedziemy zobaczyć górę Kelimutu z trzema jeziorami w trzech różnych kolorach.

Wyszliśmy z hotelu i zaczęliśmy poszukiwania motorów do wynajęcia, co okazało się prawdziwą misją. Na Flores nie ma czegoś takiego jak sklepy z motorami do wynajęcia. Pytaliśmy więc przypadkowo napotkanych ludzi, którzy siedzieli na motorach, czy by nam nie pożyczyli. Niektórzy byli nawet chętni, ale chcieli strasznie dużo kasy. Inni mieli tak zdezelowane motory, że aż strach było na nie patrzeć. Po dobrej godzinie poszukiwań i totalnym wzniesieniu się na wyżyny językowe, udało się wynająć dwa motory, które nie były totalnym złomem i były w miarę przystępnej cenie. Jedynym warunkiem było to, że mieliśmy nie jechać poza miasto, bo jeden motor miał słabe hamulce i koleś przytomnie tłumaczył, że na górkach i dolinach to jest dość niebezpieczne. Oczywiście okłamaliśmy go i zaraz po ruszeniu skierowaliśmy się na Kelimutu, która to góra jest oddalona od Ende o dobre półtorej godziny jazdy.

Motor z ‚bardzo słabymi hamulcami’ trafił się mi i Adze. Bardzo szybko okazało się, że hamulce nie są bardzo słabe. Hamulców nie było. No ok. Będę szczery – przedni hamulec łapał minimalnie, co na zjeździe z górki było bardziej niebezpieczne niż jego brak. Do tego nie dostaliśmy kasków. Kolesie wyśmiali nas jak zapytaliśmy o kaski. Nie do końca zrozumiałem, co oni mówili, ale brzmiało to jakby się śmiali, że przyjechali Europejczycy i chcą kaski. Że niby oni tacy są twardzi etc. Typowe maczownictwo. Podobny klimat jak w Polsce, gdzie po wioskach jeżdżą pijani wieśniacy i też myślą, że są niezniszczalni.

W każdym razie z braku laku pojechaliśmy tymi motorami bez kasków na Kelimutu. Wjazd na górę na serio nie był taki tragiczny. Najgorzej było, gdy na ostrych serpentynach pod górę musiałem się zatrzymać i motor zaczynał się staczać w dół. Musiałem albo stawać w poprzek drogi, albo gazować go ostro na wysokich obrotach , żeby się nie stoczyć w dół. W każdy razie dojechaliśmy.

Wulkan Kelimutu i trzy różnokolorowe jeziora. Flores, Indonezja.Kelimutu było magiczne. Każde jezioro miało inny kolor i wyglądało to kosmicznie. Do tego Matieu i Lea okazali się na serio bardzo ogarniętymi młodymi ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia. Często jest tak w Azji, że się spotyka młodych Europejczyków, którzy mają w głowie totalne siano i przyjechali do Azji tylko na łatwy seks czy na codzinne upijanie się na imprezach na plaży. Nasi Francuzi byli inni – było widać, że między uszami mają więcej niż sznurek od snopowiązałki.

W drodze powrotnej na serio było ciężko. Musiałem cały czas hamować biegami i motor wciąż tracił sterowność, szczególnie na stromych zjazdach. Ostatnie 20 km przed Ende było już bardziej płaskie, więc jechało się szybciej. Nie ma jednak za dobrze – bez ostrzeżenia skończyła się benzyna. Wskazówka wskazywała pełny bak, ale motor stanął. Na szczęście stało się to w jakiejś wiosce, więc dopchaliśmy motor do najbliższego sklepiku i dolaliśmy dwa litry. Ubawiłem się nieźle, bo koleś miał benzynę w butelkach po alkoholu. Nam wlewał z butelek po Jack Daniels.

Wrażliwi Amerykanie

Wieczorem znowu zaaplikowaliśmy kurację piwną (to na serio działa na bolący brzuch) i zaczęliśmy zastanawiać się nad tym jak rozwiązać wszystkie problemy świata. W tych kwestiach Francuzi są bardzo zbliżeni do Polaków. Po 2 piwach wiedzą jak to zrobić. Po prostu. Poznaliśmy też parę Amerykanów – oboje byli nauczycielami w Singapurze. Dołączyli do naszej piwnej kuracji, ale gdy zaczęliśmy rozmawiać o polityce cichaczem się zmyli do pokoju.

Zawsze mnie to bawiło w Amerykanach, że jak się gada o polityce, to oni tak poważnieją momentalnie. Zaczęliśmy ich pytać o Obamę, Sarah Palin i Busha i oni kompletnie nie czaili klimatu. My z Matieu zbijaliśmy się z polityków ile wlezie (zarówno z Europejskich jak i amerykańskich), a oni tak jakby połknęli kija.

Gwoździem do trumny okazała się anegdota, którą opowiedziałem Ameryce z czasów Busha, że na jakichś zajęciach na uczelni w UK nauczyciel poprosił, żeby każdy się przedstawił i powiedział skąd jest. Taki uczelniany klasyk. Każdy więc się przedstawiał. Ktoś tam powiedział, że jest z Niemiec, więc nauczyciel pozbijał się z jego akcentu, ja powiedziałem, że jestem z Polski, to nauczyciel zapytał mnie czy bym mu nareperował kran. No i jedna dziewczyna powiedziała, że jest z USA i nauczyciel powiedział, że przykro jest mu to słyszeć. No taki klasyczny angielski dowcip. Ani śmieszny ani czerstwy – po prosu angielski klasyk.

Gdy skończyłem to opowiadać widać było na twarzach Amerykanów, że ten wieczór właśnie się dla nich skończył. 3 minuty później już z nami nie siedzieli. Matieu stwierdził potem, że byli pewnie zwolennikami Busha.

Plaża z niebieskimi kamieniami

Jakkolwiek nie podobało się Amerykanom dowcipkowanie o ich politykach to następnego dnia postanowili do nas dołączyć i zwiedzać razem. Tym razem nie szukaliśmy już motorów na ulicy, tylko skorzystaliśmy z usług jednego z taksówkarzy, który przesiadywał wieczorami przed hotelem i sporo z nami gadał. On mówił chyba najlepiej po angielsku z całego Flores i postanowiliśmy mu dać szansę.

Zorganizował dla nas 3 motory i wszystkie 3 miały kaski. Po jednym kasku. Nawet on nie kumał, że na każdym motorze będą jechały po 2 osoby, więc kasków powinno być sześć. W każdym razie to był już jakiś progres. Wczoraj było zero kasków. Dzisiaj 3. Motory również wydawały się w lepszym stanie niż nasze wczorajsze. Przyjechali nimi kumple naszego taksówkarza. Obstawiam, że odbyła się tu klasyczna indonezyjska odcinka czyli taksiarz zadzwonił do swoich trzech kumpli i powiedział, że potrzebuje trzy motory na wynajem za 60 tyśków za dzień. Kolesie przywieźli mu motory, a on nam je wynajął za 100 tyśków.

Sprawdziłem swój motor i było całkiem nieźle. Miał tylko minimalne usterki – nie było drugiego biegu i z jedynki przeskakiwał momentalnie na 3, więc trochę było zwalone przyspieszenie. Do tego ciekł trochę bak, więc właściciel pouczył mnie, żeby na każdym postoju zakręcać taki specjalny kurek z benzyną. No i odpalanie na kopa nie działało jakoś specjalnie płynnie, ale to na serio tylko szczegóły. Z poważniejszych rzeczy nie działały żadne światła. Nasz taksiarz skwitował to stwierdzeniem, że niema cie przejmować bo inni mają światła i będę widział innych i będę ich omijał. A zresztą po co się przejmować, skoro umówiliśmy się na zwrot motorów przed nocą. Do dziś nie wiem dlaczego i w jaki sposób przekonała mnie jego argumentacja.

Plaża z niebieskimi kamieniami. Okolice Ende, Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Plaża z niebieskimi kamieniami. Okolice Ende, Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Zaczęliśmy zwiedzanie od pojechania na plażę z niebieskimi kamieniami. Momentalnie okazało się, że ja i Matieu jedziemy w miarę równym tempem, ale Amerykanie wciąż odstają i musimy co 5 kilometrów się zatrzymywać i czekać na nich. Jakoś udało się dojechać na plażę, ale taki układ chyba nikomu nie pasował.

Plaża z niebieskimi kamieniami, które wyrzuca co chwila morze zrobiła na mnie mocne wrażenie. Zrobiło mi się też strasznie szkoda kobiet, które zbierają te kamienie całymi dniami. To jest iście niewolnicza praca. Potem kamienie są sortowane i sprzedawane przy trasie jak w Polsce grzyby czy maliny. Podobno największym wzięciem cieszą się wśród Japończyków i Chińczyków, którzy wysypują sobie nimi podjazdy pod domami.

Z plaży z niebieskimi kamieniami wróciliśmy do Ende, zatrzymując się po drodze w niektórych wioskach czy przy ciekawszych widokach. Z racji tego że zostało nam sporo czasu do wieczora, postranowiliśmy pojechać do wioski Wolotopo i zobaczyć tradycyjne domostwa.

Wioska Wolotopo

Jeżeli droga do plaży z niebieskimi kamieniami pokazała, że Amerykanin był cienkim kierowcą, to droga do Wolotopo potwierdziła to tym bardziej. Początek był niewinny, ale po 2-3 kilometrach zaczęły się bardzo strome podjazdy i totalnie szalone zjazdy. Nikt nie bawił się tu w jakieś zabezpieczenia – to był totalnie dziki przejazd, wymagający bardzo dużo od prowadzącego motor. W połowie drogi zatrzymaliśmy się, żeby tak jak zwykle poczekać na Amerykanów. Minęło 5-10-15 minut i wciąż ich nie było. Zawróciliśmy do punktu w którym droga była jeszcze w miarę prosta i płaska – nigdzie ich nie było. Doszliśmy do wniosku, że zrezygnowali i zawrócili do hotelu.

Wolotopo - tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wolotopo – tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Jeszcze raz zawróciliśmy i dojechaliśmy już do Wolotopo. Gdy tylko dojechaliśmy do wioski, okazało się, że złapałem kapcia w tylnej oponie. Nie dało się kompletnie jechać. Opona była prawie pocięta. Musieliśmy spory kawałek tak przejechać.

Zaparkowaliśmy i postanowiliśmy najpierw rozejrzeć się po wiosce i może przy okazji wypytać o naprawę motoru. Po jakichś 20 minutach chodzenia, biegała już za nami cała zgraja dzieciaków. W pewnym momencie poznaliśmy faceta, który mówił całkiem nieźle po angielsku i zaczął nas oprowadzać po najciekawszych miejscach. Nie mieliśmy pojęcia dlaczego on to robił. W końcu wytłumaczył nam, że jest strażnikiem w parku narodowym i jego praca polega na pilnowaniu, żeby wieśniacy nie wycinali drzew z dżungli. Jaki to miało związek z tym, że zaczął nas oprowadzać po wiosce? Nie wiem do dziś.

Opowiedział nam też, że jest chrześcijaninem i katolikiem i że przyjechał do Wolotopo z Ende po jakiś strój ludowy dla swojej córki która miała wystąpić w nim w szkole następnego dnia. Ogólnie facet oprowadzał nas po wiosce i opowiadał historię swojego życia. To był jeden z tych ludzi a la kawa na ławę, co opowiadają wszystko jak leci.

Wymiana koła w Wolotopo

Kiedy już nas oprowadził i ładnie mu podziękowaliśmy, zapytaliśmy go o naprawę motoru. Facet się niesamowicie zaangażował i powiedział, że nam pomoże. Podeszliśmy do motoru i koleś ocenił, że jest źle. Krzyknął kilka razy i zaraz pojawiło się z 10 innych osób. Każdy koleś ustawił się w kolejce do motoru i każdy po kolei oceniał kapcia. Każdy kiwał głową z zatroskaniem i patrzył na nas ze zrozumieniem. Kompletnie nie mogliśmy pojąć, o co chodzi.

Wolotopo - tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wolotopo – tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Zagadaliśmy do naszego przewodnika, żeby przetłumaczył trochę. Okazało się, że oni ustalili, że trzeba jechać do sąsiedniej wioski po dętkę. Nie mogliśmy uwierzyć, że w całym Wolotopo nie ma dętki. Stwierdziliśmy, że pewnie ściemniają, żeby nas naciąć na kasę. Zaproponowaliśmy, że im zapłacimy, ale żeby założyli jednak dętkę jak szybko się da. Przewodnik pokiwał głową i znowu zaczęli deliberować nad tym po indonezyjsku.

Po 10 minutach przewodnik podszedł do nas i powiedział, że syn szefa wioski pojedzie do wioski obok po dętkę, ale że mamy mu za to kupić paczkę fajków. Czyli jednak nie ściemniali – nie było dętki w całej wiosce. Zgodziliśmy się.

Kupiliśmy faje, syn szefa wioski pojechał do wioski obok i po pół godziny wrócił z dętką. W tym czasie dookoła nas stało ze 150 osób. Normalnie cała wioska się zleciała oglądać wymianę dętki.

Panowie zaczęli odkręcać tylne koło i na serio nigdy w życiu nie widziałem, żeby ktoś nie miał o tym aż tak bardzo pojęcia. Potem zaczęli zdejmować dziurawą dętkę i dupa. Nie dali rady. Staliśmy z Matieu i patrzyliśmy na to nie wierząc własnym oczom. 150 osób kręciło się wokół naszego koła i nikt nie umiał zdjąć dętki z koła.

Zaproponowaliśmy przewodnikowi, że zrobimy to sami, ale on stwierdził, że to nie był dobry pomysł, że oni by to źle odebrali. Mówił, że skoro zaproponowali pomoc, to trzeba im pozwolić do końca się wykazać. Nie mieliśmy wyboru. W międzyczasie ‚mechanicy’ rozpoczęli głośną dyskusję na temat koła. Trwała dobre 20 minut. W końcu przyszedł do nas przewodnik i powiedział, że wioska ustaliła, że jakiś koleś pojedzie do Ende z naszym kołem i nową dętką do mechanika który to nareperuje. Potem ten koleś wróci z nareperowanym kołem i założą nam je tu na miejscu. W zamian za to oczekują paczki fajów dla chłopaczka, który pojedzie i paczki fajów dla reszty, którzy stoją i patrzą. Zgodziliśmy się z jednym zastrzeżeniem – że nie kupujemy fajów dzieciakom poniżej 13 roku życia. Jakkolwiek idiotycznie to brzmi, ale w Wolotopo palili wszyscy. Powiedzieliśmy, że z młodymi zagramy w nogę, starym kupimy szlugi, a syn szefa niech jedzie z kołem do Ende.

Wolotopo - tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wolotopo – tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

We wiosce wybuchła euforia jak się dowiedzieli, że chcemy z nimi grać w nogę. Wybrali dwóch najlepszych graczy z całej wioski i ustaliliśmy, że będziemy grać dwóch na dwóch – oni kontra ja i Matieu. Boisko znajdowało się przed kościołem. Między kościołem a boiskiem były schody i robiły za trybunę. Gdy rozpoczęliśmy grać wypełniły się po brzegi.

Zarówno ja i Matieu byliśmy w klapkach, więc nie dało się w nich grać. Musieliśmy się ich pozbyć i grać na boso, co wzbudziło na trybunach okrzyk zachwytu. Nasi przeciwnicy gdy zobaczyli, że weszliśmy na boisko boso, zrobili to samo.

Oni wszyscy mieli jakieś totalne oczekiwania jeżeli chodzi o nasz poziom piłki kopanej. Musieliśmy te oczekiwania srogo zawieść. Po pierwsze bieganie boso maksymalnie raniło nasze nieprzyzwyczajone do tego stopy. Najgorsze były takie małe kamyczki, które robiły takie mikro ranki. Na domiar złego ani Matieu ani ja nie byliśmy jakimiś wielkimi piłkarzami. Potrafiliśmy kopnąc w przód i w bok a czasem i do tyłu, ale już po 3 minutach było widać, że między nami i naszymi przeciwnikami jest rów mariański. Ta para nastolatków po prostu dokopywała nam bezczelnie i za nic w świecie nie mogliśmy sobie z nimi poradzić.

Wolotopo - tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wolotopo – tradycyjna wioska w okolicach Ende. Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

To poniżające widowisko trwało około 20 minut i na serio wolałbym już kupić papierosy nawet 10-latkom w Wolotopo, aby zakończyć te męczarnie piłkarskie. W końcu zrobiło się już całkiem ciemno i mecz musiał zakończyć się z przyczyn od nas niezależnych. Usiedliśmy wyczerpani na trybunach i przez kolejną godzinę czekaliśmy na powrót faceta z kołem.

W końcu chłopak przyjechał i przy udziale chyba każdego mężczyzny powyżej 18 roku życia nasze koło zostało założone. Mogliśmy odjechać do Ende. Pojawił się jednak kolejny problem. Nie przywidzieliśmy, że będziemy wracać nocą i nasz motor nie miał świateł. Ustaliliśmy wiec żeby nie tracić czasu, że pojedziemy jak pociąg. Z przodu pojedzie nasz przewodnik, my z Agą w środku, a za nami Matieu i Lea, bo oni też mieli światła z przodu. Mieli za to z tyłu. Ruszyliśmy.

Szło nam całkiem nieźle. Przejechaliśmy prawie połowę pagórków, kiedy nagle przed nami zrobiło się całkiem ciemno. Zatrzymaliśmy się obok motoru przewodnika i okazało się, że na wertepach odczepiła mu się ta nakrętka która trzyma szkło na przedniej lampie. Zgubił śrubki i nie dało się tego nijak przymocować.

Znalazłęm w plecaku kilka plastrów przeciw komarom – takich okrągłych nasączonych jakąś substancją. Obklieiliśmy całą lampę tymi plastrami i jakoś się utrzymało do Ende.

Mieliśmy nadzieję, że przewodnik nas doprowadzi prosto do hotelu, ale on nalegał, że skoro teraz jesteśmy już przyjaciółmi, to musimy poznać jego rodzinę. Zresztą on miał bardzo silny związek z Polską i chciał nam to bardzo pokazać. Okazało się, że on był ogromnym fanem JP2 i jego syn urodził się w dzień śmierci papieża i nazwał go na cześć papieża – Karol.

Nie mogliśmy odmówić facetowi, który we Flores w Indonezji nazwał syna Karol na cześć Wojtyły. Pojechaliśmy za nim do jego domu, który znajdował się gdzieś na totalnych przedmieściach. Jechaliśmy dość długo, więc zaczęliśmy się nawet zastanawiać czy to nie jest jakaś ściema i że koleś wywozi nas za miasto, żeby nas obrabować. W sumie to bez sensu, bo mógł to zrobić wiele razy w Wolotopo, więc wciąż za nim jechaliśmy.

Wizyta w indonezyjskim domu

W końcu podjechaliśmy pod jego dom. To była malutka drewniana chałupka. Wchodziło się do pokoju z telewizorem. Oprócz tego mieli dwie sypialnie – jedną dla dzieci, a drugą dla rodziców. W pokoju z telewizorem było kilka obrazków z JP2 i jeden obrazek, na którym był biskup Flores. Facet był katolikiem totalnym i niesamowicie wierzył w hierarchię kościelną. Przyjmował nauki absolutnie bezkrytycznie, co dawało taki dość bajkowy obraz świata.

On i jego żona byli święcie przekonani, że skoro pochodzimy z kraju JP2, to musimy być tak jak on katolikami, tylko że jeszcze bardziej świętymi. To się działo na serio.

Usiedliśmy na podłodze w pokoju telewizyjnym. Żona podała herbatę, która była już posłodzona. Obstawiam, że wsypała z 10 łyżeczek. Może to jakiś taki zwyczaj, że się tu tak dowala cukru? Może chciała nas tak mocno ugościć i 10 łyżeczek cukru w herbacie jest symbolem dobrej gościny? W każdym razie taką herbatę dostaliśmy.

Siedzieliśmy tak w kółku i on opowiadał nam o życiu w Ende, o tym, że jego żona pochodzi z Timoru i jego rodzina w sumie też, ale uciekli stamtąd, bo zrobiło się niebezpiecznie. Opowiadał o swojej pracy, ale najwięcej opowiadał o dzieciach i o ich osiągach w szkole. Strasznie rodzinny facet i przyjemnie się tego słuchało. Był maksymalnie dumny z dzieciaków. W telewizji wciąż leciały jakieś wyścigi motorowe.

Potem zaczął się program artystyczny. Jego córka zaśpiewała nam na żywo piosenkę po angielsku. Szczeny zbieraliśmy z podłogi. Ona podczas rozmowy ledwie składała pojedyncze słowa po angielsku, a tu zaśpiewała całą piosenkę. Jakbym jej wcześniej nie słyszał, to bym uznał, że laska mówi bardzo dobrze po angielsku.

Kiedy skończyła śpiewać i my skończyliśmy bić brawo, ojciec powiedział, że chce ją za jakiś czas wysłać na jakiś konkurs młodych talentów, na jakiś Indonezja Talent Show, żeby została gwiazdą. A syn ma iść do szkoły i się uczyć. Takie im role przydzielił. Feministki pewnie za takie teksty by go udusiły żywcem, że dla chłopca edukacja, a dla dziewczynki talent show, ale to się działo w Indonezji i zapewne słowo feminizm znaczy tu wciąż tyle samo co decentralizacja czy epikureizm. Innymi słowy – nic nie znaczy.

Po jakichś 2 godzinach przewodnik pojechał z nami do naszego hotelu. Taksiarz, któy załatwiał nam motory totalnie wyskoczył z mordą, że nie tak się umawialiśmy, ale jak się zorientował, że nie ściemniamy i że mieliśmy problem z oponą, to się uspokoił i przeprosił. Wygląda na to, że on się na serio stresował, że coś nam się stało. Nasz przewodnik wytłumaczył mu, że mamy nową dętkę i koleś, który był właścicielem motoru nawet wyglądał na zadowolonego.

Poszliśmy natychmiast spać.

Okolice Ende, Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Okolice Ende, Flores, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Następnego dnia Matieu i Lea wyjechali. Amerykanie również zmyli się wcześnie rano. Zostaliśmy sami z Agą. Wciąż jeszcze zastanawialiśmy się nad wyjazdem do Timoru Wschodniego bądź na Sumbę. W końcu zdecydowaliśmy, że wrócimy jednak na Bali, a potem stamtąd polecimy na Celebes. Zamówiliśmy bilety na następny dzień rano z Ende do Labuan Bajo i z Labuan Bajo do Bali.

Potem wzięliśmy jeszcze na dzień motor i pokręciliśmy się po okolicach Ende.

Około 16 wróciliśmy do hotelu i przyszedł email, że lot z Ende do Labuan Bajo został odwołany. Pojechaliśmy szybko na lotnisko i nic już nie dało się zrobić. W Sky Aviation oddali nam kasę, ale nie było już miejsc na poranne loty Merpati. Żeby zdążyć do Labuan Bajo na poranny lot do Bali musieliśmy dojechać tam… taksówką.

Przejazd z Ende do Labuan Bajo taksówką

Rozpoczęliśmy żmudne negocjacje z taksówkarzami na lotnisku. W końcu spotkaliśmy się z naszym zaprzyjaźnionym taksiarzem – tym który załatwiał nam motory. Oni wszyscy byli totalnie w zmowie i dawali absolutnie bezczelne ceny. Wiedzieli, że mamy odwołane loty i musimy się dostać do Labuan Bajo, więc szaleli z cenami na maksa.

W pewnym momencie skapowaliśmy się o co chodzi, że oni jak stoją w grupie na lotnisku, to mają zmowę i nie ma opcji, żeby opuścili. To byłaby utrata twarzy przed kumplami. Zagadaliśmy do naszego taksiarza, że mamy w dupie dzisiejszą taksę za taką kasę, ale jak chce pogadać, to czekamy w hotelu. Skapował, o co chodziło.

Wróciliśmy do hotelu i już 15 minut później on dołączył do nas. Już pierwsza cena jaką podał była o pół miliona niższa niż lotniskowa. W końcu ustaliliśmy, że w trzy osoby (jechała z nami też jakaś Kanadyjka, która podobnie jak my miała odwołany lot) pojedziemy za 2,100,000 czyli po 700 tys na głowę. To była chora cena, ale jak się potem okazało, przejazd z Ende do Labuan Bajo nocą jest absolutnym wyczynem.

Wyruszyliśmy o 20.00. Taksiarz na serio nas poganiał, bo twierdził, że potrzebujemy około 12h na przejazd, więc żeby zdążyć na lot o 10 musieliśmy wyjechać maksymalnie o 20.

Początek podróży był całkiem spoko. Jechaliśmy znanymi nam krętymi drogami. W kierunku na plażę z niebieskimi kamieniami. Od odpalenia silnika muzyka w samochodzie była włączona na maksa. Na początku (może z grzeczności?) przez godzinę leciały jakieś angielskie piosenki. Potem przez 11h indonezyjskie.

Po jakichś 3h zauważyłem, że nasz kierowca jest zmęczony. Podczas przerwy w Ruteng wypił w sklepiku 3 kawy. To było około 1-2 nad ranem. Kiedy ruszyliśmy ponownie Aga i Kanadyjka zasnęły mimo ogłuszającej muzyki. Ja miałem totalny stres, bo widziałęm, że nasz kierowca zasypiał za kierownicą. Kilka razy złapałem go, że kimał i potem nagle się budził i wyrównywał tor jazdy.

Chciałem z nim gadać, ale on ani słowa nie mówił po angielsku. Mój indonezyjski był już całkiem spoko jeżeli chodzi o załatwianie podstaowoych spraw, ale nie na 12-godzinną rozmowę podczas podróży. Mimo to starałem się jak mogłem. Wypytałem go o całą jego rodzinę – braci, siostry, żonę, jej braci i siostry, dzieci itd. Umiałem te słowa służące do opisywania rodziny, więc pytałem.

Nie wiem czy koleś się nad tym zastanawiał, bo był tak zmęczony, że ledwie patrzył, ale gdyby to była normalna sytuacja, to taka ilość pytań o rodzinę powinna go trochę zaniepokoić. Oprócz tego regularnie co 40 minut domagałem się przerwy na fajka – chciałem, żeby on wyszedł z samochodu i trochę się rozbudził.

Nad ranem dojechaliśmy do Labuan Bajo. Facet wysadził nas na lotnisku, zaparkował samochód i poszedł spać do bagażnika.

Na lotnisku okazało się, że nie ma nas w systemie i nie możemy lecieć do Bali. Na szczęście miałem wydrukowane potwierdzenie zakupu biletu. Tylko na tej podstawie pozwolili nam wsiąść do samolotu. Lot trwał około godziny i mimo zmęczenia podziwiałem przez cały czas widoki.

Bali

Na Bali złapaliśmy taksówkę z lotniska i pojechaliśmy prosto do hotelu (Amel Homestay) w Ubud, który poleciła nam Kanadyjka z taksówki. To był strzał w dziesiątkę.

Przyjacieski Ubud

Po ostrych przeprawach na Sumatrze i Flores, gdzie wszyscy taksówkarze, właściciele hoteli czy inni napotkani biznesmeni chcieli nas w mniejszym czy większym stopniu naciągnąć na kasę, Amel Homestay okazał się ideałem. Ceny mieli na serio bardzo konkurencyjne, pamiętali Kanadyjkę, która nam ich poleciła, dali nam spore zniżki za dłuższy pobyt, pomogli z wynajęciem motoru – brat właściciela Amel Homestay przywiózł nam go pod pokój w przeciągu 2h) i podczas naszego pobytu zrobili jeszcze kilkadziesiąt innych rzeczy, które upewniły nas, że możemy ich polecać w 100%.

Po rajdzie przez Sumatrę, Jawę i Flores byliśmy totalnie zmęczeni. Przez kilka dni spacerowaliśmy po Ubud i zwiedzaliśmy okoliczne wioseczki motorem. Nie wypuszczaliśmy się zbyt daleko.

Urząd imigracyjny w Denpasar, Bali (Indonezja) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Urząd imigracyjny w Denpasar, Bali (Indonezja) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Postanowiliśmy również przedłużyć indonezyjską wizę, gdyż dobiegał już miesiąc naszego pobytu w tym kraju. Poszliśmy do agencji, która w tym pośredniczy, ale zaśpiewali nam taką cenę, że postanowiliśmy zrobić to sami.

Przedłużenie wizy wymagało trzech wizyt w urzędzie w Denpasar. Skuterem to jest godzina drogi w jedną stronę. Zrobiliśmy to z czystej ciekawości – uznaliśmy że przetestujemy nasz indonezyjski i że bardzo chcieliśmy poznać indonezyjską biurokrację. Cały proces uświadomił nam, że porównując z Indonezją, w Polsce jest bardzo dobrze z biurokracją, a w UK biurokracji nie ma.

Podczas pobytu na Bali mocno odpoczęliśmy, ale tez trochę pozwiedzaliśmy.

W Ubud poszliśmy do Monkey Forest. To był mega przyjemny spacer, Małpki są maksymalnie pocieszne i większość z nich jest przyzwyczajona do obecności ludzi do tego stopnia, że same inicjują interakcję. Pociągają kobiety za sukienki, wskakują facetom na głowy itd. Fascynujące stworzenia.

Wspinaczka na wulkan Batur

W moje urodziny pojechaliśmy wspiąć się na wulkan Batur (1717m) i obejrzeć jezioro Batur. Wystartowaliśmy motorem z samego rana. Przy ostatnim skręcie przed wjazdem na teren Kintamani (tak się nazywa rejon w którym znajdują się wulkan i jezioro Batur), zatrzymała nas kobieta z jakimiś kwiatkami. Udekorowała nam motor jakimś wiankiem i wystawiła rękę po kasę. Kilometr dalej kolejna kobieta chciała zrobić to samo. I tak przez 8km minęliśmy jeszcze kilka takich kobiet. Trzeba je omijać slalomem i nie daj bóg się nie zatrzymywać. One automatycznie oplatają lampę motoru jakimiś pierdami i chcą kasę za to na postawie, że to na szczęście, że bogowie będą z nami. Totalna ściema.

Wspinaczka na wulkan Batur, Bali, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Wspinaczka na wulkan Batur, Bali, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Przed samym wjazdem na Kinamani stoi budka, w której siedzi jakiś koleś i pobiera twarzowe. Nie chciało mi się już wnikać w szczegóły, ale musieliśmy zapłacić kilkanaście tyśków za wjazd. Poprosiłem go o jakiś bilet czy coś to dał mi potwierdzenie, że uiściłem opłatę za wjazd ciężarówką… Cała Indonezja.

Ludzie w hostelu opowiadali nam, że wejście na Batur kontroluje mafia, która absolutnie nie przepuści nikogo bez przewodnika, za którego trzeba słono zapłacić. Stwierdziliśmy, że spróbujemy jakoś na siłę wejść bez przewodnika. Przyjęliśmy taktykę, że ja nie mówię kompletnie po angielsku, a Aga tylko pojedyncze słowa.

Gdy tylko podjechaliśmy na parking doskoczył do nas koleś i momentalnie powiedział, że kasa. My na to, że nie rozumiemy i że niech spada. On dalej że kasa. My mu że no English i że wchodzimy na wulkan i niech nie przeszkadza. Za 3 minuty było ich już trzech. Jeden koleś nawet mówił po rosyjsku.

My twardo, że rosyjski to nie polski i że nic nie rozumiemy. Udajemy totalnych idiotów. Kolesie skaczą wokół nas i pokazują, że money, a my im mówimy, że nie chcemy żadnych pieniędzy i że idziemy na górę. Dosłownie blokowali nam wejście swoimi ciałami.

Tarasy ryżowe przy Ubud na Bali (Indonezja) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Tarasy ryżowe przy Ubud na Bali (Indonezja) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Aga w końcu stwierdziła, że nie ma opcji, że nas nie puszczą. Chyba miała rację. Potargowaliśmy się trochę i w końcu i tak musieliśmy zapłacić. W sumie 500tys. W zamian za to dostaliśmy przewodnika, który miał 15 lat i na górę wchodził w klapkach… Mówił dość dobrze po angielsku i bardzo nas wypytywał o dziewczyny i o życie seksualne. Widać taki wiek i nie miał z kim o tym pogadać. Było śmiesznie.

Tarasy ryżowe przy Ubud

W drodze powrotnej do Ubud zostaliśmy na późnym lunchu przy tarasach ryżowych. Widoki były niesamowite. Lokalesi muszą wkładać masę pracy, żeby utrzymać je w takim stanie. Po lunchu poszliśmy na spacer turystyczną ścieżką zdrowia wśród sklepów z błotem za perę złote (jak z piosenki Fisza) i szczęśliwie znaleźliśmy przejście, którego lokalesi używają, żeby dostać się do tarasów. Mogliśmy dzięki temu popatrzeć z bliska jak wygląda praca nad utrzymaniem tych polektek. To jest maksymalnie ciężka praca.

Monkey Forest w Ubud

Sacred Monkey Forest Sanctuary czyli małpi las w Ubud, Bali (Indonezja) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Sacred Monkey Forest Sanctuary czyli małpi las w Ubud, Bali (Indonezja) © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Odwiedziliśmy również małpi lasek, czyli Sacred Monkey Forest Sanctuary w Ubud. Nie zdawałem sobie sprawy, że te stworzenia były aż tak zagrożone i właśnie w tym małpim lasku ich populacja została odtworzona z 69 w 1986 roku do 605 w 2011 roku. Przypomniało mi to sytuację z orangutanami na Borneo, gdzie również stworzono podobny ‚lasek’ do ich ochrony.

Po przeczytaniu informacji o tym, że małpi lasek to nie tylko wygłupy małp w klatkach, ale również bardzo praktyczne miejsce, postanowiliśmy z Agą pojechać i zobaczyć jak to wygląda.

Zabawa była przednia. Makaki to przezabawne stworzenia i cały czas miałem wrażenie, że one wciąż świadomie żartują, że mają w spojrzeniu ironię i tak niby od niechcenia zaczepiają ludzi. Jeden uczepił sie sukienki Agi i dopiero po małych negocjacjach postanowił się odczepić.

Na Bali zabawiliśmy dobre 10 dni, ale oprócz wyjazdów w sprawie załatwiania wizy czy dłuższego wyjazdu na wspinaczkę na Batur, kręciliśmy się głównie w okolicach Ubud.

Jedliśmy świetne kolacje, pływaliśmy w basenie w hotelu obok, jeździliśmy na krótkie motorowe spacery, ale nie dalej niż 20 minut drogi w jedną stronę. W końcu przedłużyliśmy wizę o kolejny miesiąc, zmęczyliśmy się odpoczywaniem i postanowiliśmy ruszyć dalej.

Zaplanowaliśmy lot z Surabaya na Jawie do Manado (z przesiadką w Makassar) na Celebes. W drodze z Bali na Jawę chcieliśmy zahaczyć jeszcze o wulkan Ijen i zobaczyć jak lokalesi wybierają z nigo siarkę. Wyjechaliśmy bardzo wcześnie rano autobusem z Bali do Banyuwangi (Jawa) i tam planowaliśmy złapać taksi, które miało nas podrzucić jak najdalej się da na wulkan. Potem chcięliśmy wejść na szczyt, pokręcić się po kraterze, wrócić do taksówki i wrócić na stację w Banyuwangi wprost na wieczorny pociąg do Surabaya.

Niestety plany pokrzyżował nam opóźniony autobus z Bali do Banyuwangi. Gdy w końcu po przeprawie promowej wyszliśmy z autobusu w Banyuwangi było już stanowczo za późno, żeby wchodzić na wulkan. Cały dzień spędziliśmy więc na stacji pociągowej w oczekiwaniu na wieczorny odjazd. Plusem było to, że ze stacji był fantastyczny widok na zachód słońca nad Ijen.

W nocnym pociągu do Surabaya dostaliśmy jakimś dziwnym trafem miejsca w pierwszej klasie. Szybko okazało się, że było tam tyle karaluchów, że przesiedliśmy się do klasy ekonomicznej. Widać indonezyjskie karaluchy ewidentnie wolą pierwszą klasę.

W Surabaya wprost ze stacji pojechaliśmy na lotnisko i złapaliśmy poranny lot do Makasar na Celebes.

Nagrałem start samolotu i z góry widać hektary pól ryżowych zalanych wodą. Fascynujący widok.

Dla porównania pola ryżowe które nagrałem podczas lądowania w Makassar wyglądają kompletnie inaczej.

W Makassar pokręciliśmy sie kilka godzin po lotnisku i złapaliśmy nasz ostatni tego dnia lot do Manado. To był straszny lot – trzęsło niemiłosiernie. Z ciekawostek, pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że kapitanem samolotu była kobieta.

Tomohon

W Manado z lotniska odebrała nas kobieta z hotelu, który Aga zarezerwowała przez internet w Tomohon. To miał być hotel jak najbliżej wulkanu Lokon-Empung, który planowaliśmy zdobyć. Hotel miał lokalizację świetną do rozpoczęcia wspinaczki, ale szybko okazało się, że nikt nie chce się z nami wspinać. Już w drodze z lotniska w Manado zaczęliśmy ją wypytywać o możliwość wejścia, mapki etc. Zazwyczaj w hotelach mają takie informacje i chętnie się nimi dzielą. Managerka z hotelu absolutnie nam odradzała nawet zbliżanie się do wulkanu. Powiedziała, że nie ma mapek, ale nawet jakby miała to by nam nie dała, bo wulkan wybuchł 2 miesiące temu, wciąż jest aktywny i może w każdej chwili wybuchnąć. Bardzo mocno polecała nam natomiast wizytę na lokalnym markecie, gdzie sprzedają psy, nietoperze i węże.

Lokon epmungi, Tomohon, Indonezja, Celebes

Lokon Empung, Tomohon, Indonezja, Celebes

Wieczorem w hostelu spotkaliśmy czesko-angielską parę, która również miała taki plan jak my i również oni trafili na ścianę – przez dwa dni szukali przewodnika, ale absolutnie nikt nie chciał im pomóc. Postanowiłem wypytać chłopaczków z obsługi hostelu. Tak zwane ‚chłopaczki z obsługi’ to indonezyjska klasyka. Są takimi niby pomocnikami, niby tu pracują, ale na serio to wszystko jest na niby. I pomoc i praca. Są absolutnie najlepsi w załatwianiu papierosów wieczorem jak się skończą – zawsze jeden z nich ma skuter i za 2 fajki skoczy po całą paczkę.

Późną nocą, gdy managerka i czesko-angielska para poszli już spać zagadałem do nich swoim łamanym indonezyjskim. Pogadaliśmy o pogodzie, wypiliśmy po piwku i przeszliśmy do konkretów. Zapytałem wprost czy pomogą nam w znalezieniu przewodnika. Odpowiedzieli, że jest tylko jeden przewodnik w Tomohon, który odważy się zabrać nas na górę, ale on jest szalony. Mówili to na serio. Odpuścicliśmy ze wspinaczkę. Zamiast tego podeszliśmy tak blisko jak tylko się dało ogólnodostępną ścieżką i popatrzyliśmy na wulkan z daleka.

Następny cały dzień spędziliśmy jeżdżąc dookoła Tomohon. Na początek zaczęliśmy od wizyty na Pasar Tomohon i obejrzeniu prze ohydnych rzeczy, które tam sprzedają. Potem ruszyliśmy w stronę wulkanu Mahawu, na który wjechaliśmy prawie na sam szczyt motorem. Z Mahawu skierowaliśmy się do miasta Tonado i jeziora o tej samej nazwie (Danau Tonado) przy którym zatrzymaliśmy się na lunch.

Na jeziorze jest bardzo dużo pływających wiosek, w których ludzie trzymają małpy na łańcuchach jako zwierzęta domowe.

Małpa przy Jeziorze Tonado (Tonado Lake), Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Małpa przy Jeziorze Tonado (Tonado Lake), Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Z jeziora planowaliśmy powrót do domu, ale gdy okazało się, że mamy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy przejechać polnymi drogami przez góry do kolejnego jeziora – Danau Linow. Droga była straszna, ale w zamian za niedogodności mogliśmy oglądać wioski położone z dala od utartych szlaków i to na serio zrobiło na nas wrażenie. W końcu dotarliśmy do Danau Linow i położonych zaraz obok źródeł termalnych.

Jezioro Linow jest małe i planowaliśmy objechać je dookoła, ale w połowie drogi musieliśmy zawrócić, bo droga stała się przejezdna tylko i wyłącznie dla samochodów terenowych. Wróciliśmy do Tomohon i po drodze oglądaliśmy jego architekturę, górujący nad wszystkim wulkan i setki kościołów katolickich.

Droga do Bunaken

Z Tomohon pojechaliśmy do portu w Manado. Podrzuciła nas samochodem managerka hotelu, w którym mieszkaliśmy w Tomohon i ku naszemu zaskoczeniu przekazała nas w ręce innej managerki – właścicielki kilku domków na Bunaken, dokąd zmierzaliśmy. Odbyło się to tak niby przypadkiem, ale zbyt długo już podróżowaliśmy po Indonezji, żeby wierzyć w takie przypadki.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na szybką sesję fotograficzną z super-Jezusem z Manado, który prawie dorównuje wielkością Jezusowi ze Świebodzina, a już na pewno jest bardziej dynamiczny w wyglądzie.

Na łodzi z Manado do Bunaken, Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon PiątekPort w Manado tętni życiem. Pływają tam tysiące małych łódeczek. Z jednej strony jest port, w którym dominują budynki zbudowane z cegły, a z drugiej wioseczka zbudowana klasycznym stylem w Indonezji – tzw. architektura prowizoryczna. Są to domy z blachy, drewna, często z dachami z ceraty. Właśnie ten krótki odcinek wodny pomiędzy wioseczką a portem pokonują w każdej chwili setki łódeczek, co sprawia wrażenie niesamowitego ruchu.

W samym porcie pełno jest mini magazynów i sklepików w których przetrzymywane są produkty, którymi handlują lokalesi. Kiedy przechodziliśmy przez sekcje z owocami, rybami i mięsem, odór był nie do zniesienia. Na serio zbierało na wymioty. Lokalny market z Tomohon, na którym zabijano i opalano psy, wydawał się przy tym pachnieć perfumami.

Wypływając z portu widać natomiast jak dynamicznie przychodzi nowe – wszędzie dookoła portu budowane są nowe drogi, mosty, wieżowce itd. Już za kilka lat zapewne nie będzie śladu po starym porcie i zostanie on zastąpiony kompletnie nowym. To jest siła postępu – z jednej strony szkoda, że zginie lokalny klimat tego miejsca – nawet jeżeli było chaotyczne i niemiłosiernie śmierdzące. Z drugiej strony nikomu nie można odmawiać rozwoju. Niestety stary port w Manado będzie ceną jaką trzeba będzie za postęp zapłacić.

Podróż na Bunaken minęła nam dość szybko. Oglądaliśmy jak lokalesi grają w karty i jak nowa managerka starała się przekonać australijskiego pilota, żeby zamieszkał w jej ośrodku na wyspie.

Bunaken

Na wyspie nie ma nawet portu czy przystani – łódka zatrzymuje się na plaży we wiosce i wszyscy wysiadają prosto do wody. Wiedzieliśmy do którego ośrodka chcieliśmy iść, więc rozstaliśmy się z nową managerką i zakręciliśmy się trochę we wiosce. Pod jednym z lokalnych sklepów dorwaliśmy jakiegoś faceta z motorem. Poprosiliśmy go, żeby nas podrzucił do naszego ośrodka. Za chwilę siedziałem już na jego motorze, a Aga obok na motorze jakiegoś jego kumpla i jechaliśmy w stronę naszego resortu.

Bunaken Beach Resort, Bunaken , Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Bunaken Beach Resort, Bunaken , Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Nasz resort nazywał się Bunaken Beach Resort. Przez pierwszą godzinę targowaliśmy się z właścicielką – warto ustalić na samym początku wszystkie szczegóły, żeby potem nie było nieporozumień. Do ceny pokoju/domku doliczony jest koszt nurkowania, więc trzeba takie sprawy załatwiać już na wjeździe. Właścicielka okazała się dość kompromisowa i dość szybko doszliśmy do porozumienia. Na pewno pomogło, że w tym dniu byliśmy jedynymi gośćmi, którzy zapukali do jej ośrodka.

W Bunaken Beach Resort zostaliśmy przez prawie tydzień. To był dobry wybór. Dostaliśmy domek przy samej plaży ze świetnym uspokajającym widokiem. W ciągu dnia leżeliśmy na leżakach i czytaliśmy książki, snorklowaliśmy i co kilka dni płynęliśmy łódką na nurkowanie. Bunaken uważane jest za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie i na serio nie trzeba daleko szukać, żeby zobaczyć ciekawe ryby czy żółwie. Rafa koralowa pokazuje się już na kilku metrach, więc świetne widoki są również podczas snorklowania.

Bunaken Beach Resort, Bunaken , Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Bunaken Beach Resort, Bunaken , Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Przez większość czasu byliśmy w ośrodku sami, albo co najwyżej była z nami jedna czy dwie inne pary. Poznaliśmy Japończyka, który dał nam konkretne instrukcje jak i co zwiedzać w Tana Toraja. Pożyczyliśmy motor od jednego z lokalesów i przejechaliśmy się do wioski Bunaken, która jest atrakcją na maksymalnie 2h. Spotkaliśmy ponownie australijskiego pilota, który jak się okazało uległ wdziękom nowej managerki i zamieszkał nie tylko w jej ośrodku, ale również ‘spacerował’ z nią po wiosce. Lokalesi zaczęli żartować, że każdy domek w jej ośrodku nazywa się tak jak sponsor, który za jego budowę zapłacił: George, Michael etc. Przewidywali, że Australijczyk też pewnie przyczyni się do rozwoju ośrodka nowej managerki.

Poznaliśmy też korpo-parę z USA. Wracaliśmy z nimi łodzią do Manado na lot do Makassar. Na lotnisku okazało się, że szemrana agencja która sprzedała im lot, owszem wzięła pieniądze, ale lotu nie zarezerwowała. Biedacy musieli kupować lot na lotnisku. Taka typowa ściema szemranych agencji ulicznych.

Tana Toraja

W Makassar tym razem zatrzymaliśmy się na noc na kilka godzin w hotelu. Następnego dnia już o 4 rano pojechaliśmy na dworzec autobusowy, który znajdował się pod miastem, żeby złapać pierwszy autobus do Rantepao. Udało się i przez kolejne kilkanaście godzin tłukliśmy się lokalnym ogórkiem. Na miejscu nie mieliśmy zarezerwowanego hotelu. Japończyk z Bunaken polecił nam Wisma Maria I, więc tam skierowaliśmy swoje pierwsze kroki.

W Wisma Maria I powiedziano nam na początku, że pokoi nie ma. Po 10 min nalegania, okazało się, że pokój się znalazł. Chłopak z recepcji zaprowadził nas do pokoju, w którym ściany dosłownie się ruszały. Nigdy w życiu nie widziałem takiego grzyba. Spaliśmy w różnych miejscach w Azji, ale tym razem zgodnie odmówiliśmy. Facet zaprowadził nas na recepcję i kiedy już wychodziliśmy przypomniało mu się magicznie, że ma jeszcze jeden dostępny pokój. Poszliśmy jeszcze raz z nim ‘na ośrodek’ i na miejscu okazało się, że ten pokój był trochę lepszy. W każdym razie przeszedł test akceptowalności ze względu na zmęczenie.

Manda - przewodniczka w Tana Toraja Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Manda – przewodniczka w Tana Toraja Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Na zwiedzanie Tana Toraja mieliśmy bardzo mało czasu. Japończyk na Bunaken doradził nam, żeby skontaktować się z przewodniczką Mandą. Ostrzegał nas, że będą nas przed nią ostrzegali inni przewodnicy, co też jak się okazało miało miejsce. Zaufaliśmy jednak Japończykowi i Manda okazała się świetnym wyborem.

Manda spotkała się z nami już w dzień przyjazdu. Wieczorem usiedliśmy razem i ustaliliśmy plan działania na następny dzień. Na początku bardzo kręciła głową, że chcemy zrobić za dużo jak na jeden dzień, ale w końcu po długich negocjacjach ustaliliśmy szczegóły. Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy zwiedzać. Uważam, że był to jeden z najlepiej zorganizowanych dni zwiedzania jaki kiedykolwiek udało nam się zorganizować.

Wyruszyliśmy samochodem z hotelu. Jako pierwsze zwiedziliśmy wiszące groby oraz wioseczkę Kete Kesu. To miejsce jest dosłownie 15 minut samochodem od Rantepao. Potem skierowaliśmy się do grobowców wykutych w skale w Lemo i obejrzeliśmy kilka straganów z lokalnym rękodziełem czyli Tau Tau – drewnianymi figurami (niektórzy nazywają je kukiełkami), które odgrywają ważną rolę w rytuale pogrzebowym. Następnie udaliśmy się na ceremonię pogrzebową. Po drodze kupiliśmy jako wpisowe kilka kartonów papierosów. Sama ceremonia zrobiła na nas ogromne wrażenie. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy nic takiego w życiu.

Ceremonia Pogrzebowa w Tana Toraja Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Ceremonia Pogrzebowa w Tana Toraja Celebes, Indonezja © Papierowa Tratwa | Szymon Piątek

Po ceremonii ruszyliśmy dalej. Zwiedziliśmy kolejną wioskę – tym razem była to Pallawa. Potem pojechaliśmy do grobowców skalnych w Lo’ko’ Mata po drodze podziwiając tarasy ryżowe. W drodze powrotnej obejrzeliśmy podczas ulewnego deszczu megality w Bori’ Parinding oraz groby dzieci w drzewach. Po drodze zrobiłem kilkaset zdjęć życia codziennego w Tana Toraja.

Następnego dnia również wstaliśmy bardzo rano. Manda obiecała zabrać nas na drugą ceremonię pogrzebową, gdzie mieli podrzynać gardła bawołom, czyli na część której nie zdążyliśmy zobaczyć na ceremonii poprzedniego dnia. Pojechaliśmy we wskazane miejsce, ale okazało się, że ktoś wystawił Mandę (i nas) do wiatru. Nie było tam żadnej ceremonii.

Zamiast na ceremonię pojechaliśmy na rynek w Rantepao, gdzie spędziliśmy kilka ładnych godzin podziwiając bydło i nie tylko. Na koniec Manda zabrała nas do sklepu, w którym sprzedawano mieloną na miejscu kawę. Wczesnym popołudniem wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Makassar na lotnisko, skąd polecieliśmy do Kuala Lumpur w Malezji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *