China men w Klang

Jedzenie w Malezji

Jedzenie w Malezji

W każdej większej społeczności dochodzi do podziałów. Nie inaczej jest w Malezji, wielokulturowym kraju południowo-wschodniej Azji.

Od kilku lat spędzam kilka miesięcy w roku w Klang. Jest to małe misateczko zaledwie pół godziny drogi od olbrzymiej metropolii Kuala Lumpur – stolicy Malezji. Dziś rano wyszedłem na śniadanie bez dzieci i żony. Udałem się w ulubione miejsce koło teściów, by zjeść popularny „chicken rice” czyli kawałki kurczaka z ryżem i ogórkiem. Koszt: 5,5 RM. Do tego zamówiłem napój (chińska herbata z lodem) za 0,6 RM. Zwykła uliczna knajpa na rogu. Standard.

Po zamówieniu posiłku dosiadłem się do jakiegoś Chińczyka. Facet w wieku 40-50 lat, dość ciemna karnacja, co rzadko się zdarza u Chińczyków. Na początku miałem wrażenie, że na ręku miał grubą, złotą bransoletę, ale po przyjrzeniu się okazało się, że to plastikowe lub wzorowane na bursztyn koraliki. Był ubrany w koszulkę polo. Po kilku minutach zaczęliśmy rozmawiać. Chińczyk stwierdził, że nie jestem lokalesem. Co za odkrycie! Przyznałem mu grzecznie rację, a w duchu pogratulowałem spostrzegawczości. Powiedziałem, że mam żonę Malezyjkę i pomieszkujemy w Malezji kilka miesięcy w roku. Zapytał gdzie mieszkam, skąd jestem etc. Okazało się, że mieszkamy niedaleko od siebie.

Potem Chińczyk zaczął opowiadać o sobie. Okazało się, że przeprowadził się do Klang trzy lata temu. Jego syn wciąż studiuje, a on szuka możliwości dodatkowego zarobku i za dwa tygodnie planuje otworzyć restaurację. Dał mi wizytówkę i zaprosił w odwiedziny, by koniecznie spróbować jedzenia i powiedzieć czy dobrze smakuje. Pytał także o jedzenie w Malezji. Interesowało go to, o co zwykle pytają też inni lokalesi: czy lubię azjatyckie jedzenie i czy jem ostre potrawy.

Wizytówka malezyjskiej knajpy

Wizytówka malezyjskiej knajpy

Po chwili Chińczyk zaczął opisywać życie w Malezji. Narzekał na rząd, mówił, że to trudny kraj do mieszkania na stałe. Stwierdził, że Chińczykom jest tu trudno, pomimo tego, że prowadzą biznesy i płacą duże podatki. Mówił, że czuje niesprawiedliwość, że rząd wspiera tylko rdzennych Malezyjczyków oferując im zniżki na zakup nieruchomości i obficie dotując różne dziedziny życia – zwłaszcza podczas kampanii wyborczej. Zwróciłem uwagę, że nowy rząd to ogromna zmiana w kraju i za 5-10 lat Malezja na pewno bardzo się zmieni. Pokiwał przytakująco głową, ale szybko dodał, że dobre czasy dla Malezji były 30 lat temu, gdy bardzo mocno współpracowano z Chinami. Czasy się jednak zmieniły, Chiny nie chciały się dzielić nowoczesną technologią, więc współpraca z Malezją została mocno okrojona. Chińczyk ma żal do rządu, że podatki w Malezji – w jego opinii – płacą tylko wybrane nacje. Rdzenni nie płacą według niego żadnych opłat, nie mają licencji na prowadzenie biznesu, nie są kontrolowani przez rząd.

Swój nowy lokal gastronomiczny określił po angielsku jako „coffee shop”, co lokalnie określa się jako „kopi tiam”. Jest to typ kawiarni skoncentrowany na serwowaniu jedzenia. Napoje są tylko dodatkiem i ich wybór jest ograniczony, stąd nie powinno się sugerować słowem „kawa” w nazwie. Restauracja, bo tak po polsku byśmy nazwali ten lokal, posiada duży wybór posiłków różnego rodzaju. Niektóre lokale na przykład ograniczają się tylko do potraw, które nie są smażone. Jak będzie w tym przypadku lokalu Chińczyka? Sprawdzę to po 12 stycznia, gdy lokal będzie otwarty.

Zapytałem go o jego nową restaurację. Interesowało mnie ile osób w niej będzie pracować. Na poranną zmianę potrzebuję siedem osób, na popołudniową drugie tyle – odpowiedział. A pracownikami będą Malezyjczycy i Indonezyjczycy? – Doprecyzowałem pytanie. Potwierdził, że głównie tak, ale będzie zatrudniać też Birmańczyków czyli mieszkańców Myanmy (dawniej Birma). Potem dodał, że nie będzie jednak zatrudniał Hindusów. Spytałem o powody takiej decyzji. Bo mają za ciemną skórę – Chińczyk odpowiedział bez ceregieli.

Zaskoczył mnie. Sądziłem, że powie, że Hindusi mają swoje getta i pracują razem w nocnych restauracjach zwanych „mamak” i może gorzej się odnajdują w pracy z innymi. Nie spodziewałem się, że w tak wielokulturowym kraju jak Malezja kolor skóry może mieć znaczenie w znalezieniu pracy – odpowiedziałem mu. Chińczyk pokiwał głową i wyraził swoją opinię na temat migracji:

Wszędzie w Malezji pracują obcokrajowcy. Są tani. Nie rozumiem, dlaczego rząd na to narzeka. Z jednej strony politycy mówią, że to źle, że pracują dla nas obcokrajowcy, a z drugiej przecież mogą zamknąć granice i nikt obcy nie wjedzie. Gdyby naprawdę przeszkadzali im obcokrajowcy, mogliby wszystkich szybko usunąć.

Zabraliśmy się za jedzenie. Ja wcinałem kurczaka, a Chińczyk zamówił „wantan mee” w wersji „dry” czyli bez zupy. W pewnym momencie Chińczyk rzucił: Wiesz… Ja jestem KL people. Zaciekawiło mnie jak podkreślił swoje pochodzenie z wielkiej aglomeracji. Po chwili doprecyzował, że w Klang jest wielu Chińczyków, ale prawie wszyscy to „China men” czyli ludzie prości bez manier, wykształcenia czy kultury osobistej. Chińczyk, którego spotkałem, taki oczywiście nie jest. Przynajmniej on tak uważa.

Krzysztof Chojnowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *